A w końcu już chodził jak we śnie ledwie przypomnianym, rozchwiany w sobie i lecący w jakąś głąb jak spadająca przez nieskończoność gwiazda.

Znalazł się bez wiedzy i chęci w Westminsterskiem Opactwie102 i długo, prawie martwy ze znużenia, siedział pod jakimś posągiem, nic nie wiedząc o sobie ni o całym świecie.

Pusto było w tych mrocznych, posępnych obszarach katedry. Niekiedy ktoś przeszedł niedojrzany i ginął, a odgłos kroków rozlegał się echem pod wyniosłymi nawami, w przygasłym świetle witrażów, w smutnym brzasku stopionych i konających w mroku barw — jakby na wiec zebrane majaczyły niezliczoną ciżbą marmurów i brązów wszystkie wielkie duchy Anglii, sól tej ziemi odwiecznej, całe wieki historii, strupieszałe i zapomniane epoki obok dnia wczorajszego. Nieustraszeni rycerze, zdobywcy, poeci, biskupi, prawodawcy, dusze szczytne i wywłoki, bohaterowie i kanalie, wieszcze i słynni szczekacze parlamentarni, tyrani świata i błaźni królów, święci i zbrodniarze, wyklinani przez stulecia, cnoty, poświęcenia i zdrady, cmentarzysko wieków, w proch rozwianych, a wiecznie żywe i zapładniające myśl ludzką, kamienne przypomnienia wieków, zebrane w tej prastarej katedrze na niemy sejm, radzący milczeniem o wczoraj, a czekający na nowe, przyszłe dni i przyszłe dusze swoich następców — przeszłości rdzeń i przyszłości.

Zenon oprzytomniał nieco w tej świętej ciszy grobów. Posągi zdawały się patrzeć na niego szeroko otwartymi oczyma, pochylać i mówić coś ciszą głęboką, aż zadrżał z trwogi i zaczął się z wolna przedzierać przez te tłumy kamienne, wśród coraz grubszych mroków, do wyjścia.

Ale w poprzecznej, wyjściowej nawie cofnął się prędko między tłum białych posągów, ledwie widnych w mrokach, bo jakaś znana, wysmukła i czarna postać wychodziła z drzwi głównych i przeszła, skręcając na lewo, w wysoką, wąską nawę, obiegającą prezbiterium; z lewej strony, jedna za drugą, pogodnie ciągnęły się kaplice królewskie.

Poszedł za nią w mrok. Tylko górą, w poczerniałym gąszczu gotyckich żebrowań, tliły się jeszcze trwożnie resztki dnia, ale w dole zalegała już zupełna noc. Z gotyckich kaplic, oddzielonych kratami, sączyły się ostygłe brzaski fioletów, złota i purpur witrażowych, w których ledwie majaczyły królewskie łoża sarkofagów w ciszy niezgłębionej. Marzyły nieprzespany sen śmierci królewskie pary, w kamienny spokój wdrążone. Smugi światła tęczowym, martwym i przygasającym pyłem owiewały kamienne profile, złożone sztywnie ręce, ciężko przymknięte powieki i twarde, dumne głowy. Berła i korony połyskiwały posępną barwą odwiecznych złoceń, a na wszystkim leżał ciężki majestat śmierci i kamienny spokój obojętności.

Daisy stanęła przed jedną z kaplic i, wsparta o kratę, zapatrzyła się na sarkofag.

— Wiedziałem, że muszę spotkać panią — szepnął, przystając obok niej.

Spojrzała na niego surowo, jakby nakazując ciszę.

Nie czuł już znużenia; zsunął się z jego duszy obłędny nastrój jak łachman. Był znowu zwykłym, normalnym człowiekiem.