A przecież był zupełnie przytomny i świadomy tego, co się dokoła niego działo, tylko że przerwał się w nim wszelki związek z przeszłym życiem; myślał o nim, jak się czasem myśli o dziwnych opowieściach, zasłyszanych gdzieś bardzo dawno i już tonących w strupieszałych dalach zapomnień.

„Co się stanie?”, myślał w rzadkich chwilach wewnętrznego przebudzenia; i wtedy całą mocą chciał wyrwać z niewiadomego tę zjawę jutra. Ale nie rozwiały się mgły, w których błądził, i nie rozerwało się błędne koło ślepego biegu za nieznanym, tak że znowu szukał, znowu czekał...

Krążył po City97 i tam nieraz całe godziny przewalał się wraz z ciżbą, porwany przez fale tłumów, ale obcy im i daleki, i wciąż czatujący naprężonym, głodnym spojrzeniem. Zaglądał do muzeów, zagłębiał się w puste, przemiękłe i przemglone parki, błądził po wybrzeżach, jeździł wszystkimi napotkanymi omnibusami, przesiadając się bezustannie, zwiedzał zatłoczone teatry i banki, okrążał Londyn podziemnymi kolejami. Był wszędzie — niestrudzenie i bezustannie, gorączkowo goniący za niepochwytnym cieniem, ciągle czyhający i ufny niezmiernie, spokojny i pewny, że znajdzie to, czego szuka...

Nawet już policjanci zaczęli zwracać uwagę na jego twarz bladą i oczy błędne, a wciąż szukające wśród tłumów — oczy przenikliwe i puste zarazem — i na jego nieobliczone ruchy, bo już wiele razy rzucał się w pościgu w największą ciżbę powozów i omnibusów, wprost pod konie. Ale zawsze jakimś cudownym trafem wychodził bez szwanku, nawet nie wiedząc, iż był w niebezpieczeństwie.

I z wolna, nie spostrzegając tego, w tej obłąkanej pogoni za nieznanym, a może i nieistniejącym, zaczął tracić poczucie nawet tej zewnętrznej rzeczywistości; bo, czatując wciąż z napiętą do ostatnich granic uwagą, przestał spostrzegać ludzi i wyodrębniać ich. Wydawali mu się jakimś potwornym płazem o tysiącach głów i nóg, wijącym się bezustannie z głuchym i przerażającym szmerem.

A potem i Londyn stawał się dlań jakąś puszczą fantastyczną, głuchą i martwą, a pełną dziwnych zjaw, pełną stawań się rzeczy tajemniczych i strasznych, których nie mógł zrozumieć. Czuł tylko, że się stają dokoła niego, że są... Więc chodził w ciszy podziwu i niewytłumaczonej, niejasnej zgryzoty, bo oto zaczął spostrzegać ukrytą przed zwykłym wzrokiem jakby duszę rzeczy wszelkiej...

Chodził po mieście niby po kamiennej, czarodziejskiej bajce, przepełnionej świecącymi, nigdy niewidzianymi drzewami, a co chwila spostrzegał jakieś cierpiące, chore domy, pochylone w męce wiekowego trwania, pełne ran, jęków i znużenia. Czuł bolesny dygot drzew, potopionych w mgłach i konających z tęsknoty do słońca, do rzeźwiących, wiośnianych powiewów. Słyszał ich jęki, niemilknące nigdy... Nigdy... I łzy, spływające cicho po chorych gałęziach.

Zadumał się przed wieżą Tower98 — stała, posępnie zamyślona, tragicznie ostatnia z dni dawno pomarłych, ale wyniosła w osamotnieniu i dumnie pogardliwa wobec nowych spraw i dni nowych, dni, plugawie pełzających u stóp jej nieśmiertelnego majestatu.

Uciekał trwożnie od płaskich, wielmożnych, a głupich pałaców West Endu99, które śmiały się z niego urągliwie tłustymi, bezczelnymi głoskami rozsądku; uciekał od składów olbrzymich i sklepów, gdzie zrabowane ziemie świata całego jęczały męczeńsko.

Gubił się, zasłuchany w leniwą gędźbę100 parków omglonych, w niewolniczy, strachliwie podły szept żywopłotów, wyprężonych i stróżujących. Słuchał ptaków, przelatujących na niedojrzanych wysokościach i rozkrzyczanych żałosną skargą. Rozmawiał z bezdomnymi psami, gnijącymi wśród śmietnisk, tak że wlokły się za nim gromadami. A wszędzie i we wszystkim czuł duszę bolesną, tragiczny przymus trwania, gwałt wiecznie żywy, brutalną przemoc losu. Nawet te kamienie pomników w Hyde Parku101 skarżyły mu się na tych, którzy je wydobywali z pra-łona ciszy na jawę dni nieszczęsnych. Nawet wody Tamizy, wiecznie goniącej, szumiały żałośnie, a te jakieś żelazne machiny, porzucone na brzegu, spracowane, pordzewiałe, omotane i skute przez myśl człowieczą, szamotały się bezsilnie, podnosząc ciche skargi na wieczny trud trwania.