Znowu cichy, ledwie dosłyszany dźwięk fortepianu wionął z drugiego pokoju — ta tajemnicza, dziwna melodia, którą słyszał wtedy na seansie.

— Kto?... — ale zamilkł, zdławiony śmiertelnym przerażeniem.

Rozdział V

Mr Zenon już od trzech dni cały prawie czas przepędzał na ulicach.

Nazajutrz po niewytłumaczonym zjawieniu się pisma obudził się rano, przeczytał znowu te słowa zagadkowe, ubrał się pośpiesznie i wyszedł.

I odtąd chodził wciąż, chodził bezustannie, nawet spać nie przychodził do swojego mieszkania. Jadał również, gdzie mu wypadło i o ile głód go zmuszał. Bał się wracać do hotelu; zaglądał do niego codziennie, ale tylko po to, aby od odźwiernego odebrać listy Betsy, których zresztą nie czytał.

Błądził wciąż po mieście. Uciekał, szukając, unikał, nie mogąc się wyrwać z tłumów i przypatrując się z najwyższą uwagą każdej twarzy spotykanej, zaglądając trwożnie w każde oczy i drżąc wiecznym czekaniem, że posłyszy jakieś słowo, dojrzy jakiś znak, zrozumie jakieś spojrzenie — a wraz stanie się to, co mu było zapowiedziano.

Nie zwracał uwagi na zimno, mgły, deszcze ni porę. Włóczył się bezustannie z miejsca na miejsce, często całymi godzinami wystając na rogach ulic, czając się pod wystawami, obserwował przechodniów, odgadywał w mrokach ich twarze, biegnąc na oślep za każdą postacią i za każdym spojrzeniem szczególniejszym. Czasami zachodził do kawiarni i szynków zatłoczonych, aby wypocząć; ale skoro przejrzał twarze, zrywał się od niedopitej szklanki, bo czuł, że musi iść dalej, musi szukać, musi czekać...

„Szukaj... Idź za spotkanym, o nic nie pytaj... Bądź bez trwogi... SOF otwiera tajemnice”, brzmiały w nim ciągle te słowa bezwzględnym, mocnym nakazem.

Najsłabsza chęć oporu w nim nie powstała. Był jak cios, rzucony ręką nieubłaganego, biegnący po swojej linii niepojętej do niewiadomego celu, ślepo posłuszny i zamarły na wszystko, co nie było tą ciemną, nieznaną koniecznością.