Za całe dwa liry kupiłam gołębiom grochu; tak fruwały nade mną, siadały mi na ramionach, na głowie, na rękach — szkoda, że pan Henryk tak mnie nie widział.
Byliśmy razem z państwem Matacz w Akademii177... Obrazy mi się nie bardzo podobały, takie wszystkie poczerniałe, stare i religijne, jakby w kościele, ale tam, w pierwszej sali, jest cudowny sufit. Oglądałam go dłużej, a tu jakichś dwóch panów mówi za mną po polsku:
— Patrz, jaka śliczna Wenecjanka.
— Nie, to prędzej Angielka.
— Ale mówię ci, Wenecjanka, czysty typ, doskonała w kolorze...
Rozczerwieniłam się, ale mi się ogromnie śmiać chciało...
Wychodzimy potem, a ci panowie witają się z panem Matacz i ten ich nam przedstawia...
Jakie mieli miny!... Obaj malarze, ale nie z Warszawy... jeden mocny brunet, a ten drugi, to jego przyjaciel!
Wieczorem
Jutro po południu jedziemy już prosto do Rzymu!