Ostatecznie, to w końcu nudne to oglądanie, i naprawdę, ale w Krakowie nie ma co oglądać...

Byliśmy na wystawie sztuk pięknych; jakieś tam krówki na łączkach, łączki bez krówek, jakieś tam wiatraczki, jakieś zachodziki i wschodziki słońca; jakieś chłopy w białych kapotach i chłopy bez kapot, a razem właściwie „mydlarstwo”, jak powiedział kuzynek Jaś.

Mnie i Ma bardzo się podobały obrazki Stachiewicza127, takie śliczne...

— „Mydlarz glicerynowy” — powiada kuzynek.

A Pa bardzo się zachwycał jakimś polowaniem Fałata128.

— „Mydlarz cesarski”.

Zobaczyłam obraz Gersona129, bo on i u nas w Warszawie wystawia...

— „Mydlarz warszawski, najgorszy gatunek” — powiada kuzynek... ale ja się na to zgodzić nie mogę, bo chociaż kuzynek Jaś mówi także Przybyszewskiemu „Stachu” i zna się... ale i Gersona tak u nas w „Kurierach” ciągle chwalą... że także się znać muszą...

Potem poszliśmy na ten proszony obiad do matki kuzynka. Zupełnie myślałam inaczej o niej.

A ona stołuje, wydaje prywatne obiady!