Ma się chciała cofnąć, ale było już za późno. Widziałam, że Pa nie zrobiło to najmniejszej różnicy.

Przy stole było kilkanaście osób... a obiad! lepiej nie wspominać.

A towarzystwo! Same studentki i studenci, a na szczęście dwóch przyjaciół kuzynka, dekadentów! Tak się zachowywali przy stole, jakby nas tam nie było, palili, kłócili się, czytali gazety podczas jedzenia — co? to dobrze wychowani!

A jak poubierane, to coś okropnego, u nas w Warszawie to pokojówki na wychodne ubierają się lepiej.

Biedny ten kuzynek Jaś!

Jaka szkoda, że nie można sobie wybierać rodziców!

A ci studenci to podobno sami tacy wypędzeni u nas ze wszystkich szkół... wypędki!

Czarujące towarzystwo, co?... A ta ciocia żyje z nimi... winszuję, ale naprawdę nie zazdroszczę, nie...

Ci dekadenci siedzieli przy mnie. Bardzo przystojni i podobno ogromnie genialni... a jeden z nich jasny blondyn z czarnymi prawie oczami.

Nic nie drukowali, mówili, że nie warto dawać „mydlarzom” arcydzieł, że lepiej kilku wybranym przeczytać w rękopisie.