Zwróciłem uwagę na stos bali, przykrytych spadzistym dachem.
— Na dom dla mojego najmłodszego, drzewo suche, jak pieprz.
— Czy służy w wojsku?
— Nie, panie, skończył szkołę nałęczowską, a teraz praktykuje we dworze.
Wróciliśmy do domu dopiero na kolacyę.
W świetlicy było bardzo czysto i porządnie, łóżka miały przykrycia z prześlicznych kilimów, w rogach stały szafy, na ścianach polśniewały za szkłem święte obrazy, a pomiędzy nimi Kościuszko, Leon XIII i Kordecki. Zapalona lampa zwisała od pułapu. Pod oknem na stole leżał komplet Zorzy i kilkanaście broszur rolniczych.
— Bo ja jestem członkiem kółka od samego założenia — pochwalił się skwapliwie. — Mam jeszcze trochę innych książek, ale schowane, bo strażnicy tak się do mnie znarowili, że nieraz to nawet nocami przychodzą w gościnę.
— I pewnie dlatego nie chcą was zatwierdzić na wójta.
— A zapowiedzieli, że jak mnie jeszcze raz wybierze gmina, to znowu się przejadę. Byłem ja już na takim spacerze, byłem...
— Daleko?