— Co było, to i przeszło; ważniejsze, co nas teraz czeka! — przerwał mu jakiś młody.
— Nie śpiesz się, Józef, przyjdzie, i weźmiesz swoje, jak i my brali, weźmiesz...
Młody rzucił się niecierpliwie i rozgorzał, jak szczapa na wietrze.
— Wezmę, ale oddam z dokładką; przecież nie będę klęczący nadstawiał pleców, nie będę pacierzem bronił się przed kijem, nie, na kij znajdzie się kłonica, albo i co lepszego! — wołał gwałtownie, wyzywająco.
— Nie daj się, dużo sam zrobisz, trykaj łbem we ścianę, trykaj! — drwił stary.
— Wszyscy tak już wiedzą, jak i ja. Nie pozwolimy się zarzynać, jak barany!
— Józef prawdę mówi — przymówił znowu brodaty. — Przeżyłem dawne i tak je dobrze pamiętam, że jużbym może nowego nie przetrzymał. Lepiej nam wszystkim poginąć odrazu, niźli znowu tak żyć, jak dawniej.
— Naród jest poczciwy i pokorny, nikomu wody nie zamąci, robi, co każą, ale niech go nie drażnią, niech go nie krzywdzą, niech go do dołu nie spychają, bo może być źle! I barany mają rogi! Bóg wie, co się stać może!
— Im się wydaje, że my to co? Nie ludzie czujące? Że my z drzewa i można z nas wyciosywać, co się tylko komu podoba! My żywe i żyć chcemy, to się w trumnę po dobrej woli nie położymy, a wdeptać się w nią nie damy.
— Żeby nam przyszło głowy położyć, a nie damy się!