— A gdzież baby? Gdzie dzieci?...
Ponure, ciężkie spojrzenia posypały się na niego jakby kamiennym gradem.
Nie pytał już więcej, a tylko zaczął kopać w pierwsze lepsze drzwi a ryczeć:
— Wychodzić! Wychodzić, bo za łby wszystkich was powyciągam!
Tylko pieski zaszczekały mu w odpowiedzi, ale ani jedna głowa się nie ukazała; domy stały jakby wymarłe i opuszczone, a wszystkie okna i drzwi miały pozamykane od środka.
Krzyknął na chłopów, żeby otwierali; nikt się nawet nie poruszył, a tylko któryś wyrzekł posępnie:
— Niech je pan wójt sam sobie otwiera!
Rzucił się z wściekłością na jakieś okno i odskoczył ze skowytem, jak pies od jeża, bo dostał ukropem w twarz, więc, ledwie dysząc z gniewu, rozkazał brać domy szturmem, jak fortecę.
Niełatwo to jednak poszło, gdyż okna i drzwi były zatarasowane od wnętrza skrzyniami, szafami i czem się tylko dało, a kto się bliżej podsunął, brał kijem, wrzątkiem lub pięścią.
Chłopi stali na środku drogi, przypatrując się wszystkiemu z wielką cierpliwością...