— Więc jesteś przekonany, że to tylko dla zabawy?
— Do Polek, ani do ciebie tego nie stosuję, to inny gatunek, ale do Żydówek — tak, wiem z pewnością. Pomyśl tylko, co je to wszystko może obchodzić? Mela, ja jestem Żyd, ja się tego nigdy i nigdzie nie wstydziłem, ani nie wypierałem, co za interes się wypierać! Mnie tak samo nic nie obchodzi poza moim własnym interesem, jak naszych wszystkich, bo ja tego nie mam wprost we krwi. Masz, taki Borowiecki, to jest dziwny człowiek, to jest mój kolega z gimnazjum w Warszawie, mój kolega z Rygi, mój przyjaciel, my razem mieszkamy tyle lat, mnie się zdawało, że go znam, że to nasz człowiek. On ma ostre pazury, on jest zupełnie człowiek łódzki, on lepszy macher niż ja, a on czasem zrobi coś takiego, czego ja nie rozumiem, czego żaden z naszych nie zrobi; on jest Lodzermensch, a on pomimo to ma różne takie bziki ideowe, utopijne marzenia, dla których gotów jest dać rubla, jak ma dwa przy sobie, a dla których ja bym dał dziesiątkę, jakby się już nie można wykręcić, ja...
— Do czego prowadzisz? — przerwała mu znowu, dotykając parasolką stangreta, żeby przystanął.
— Że ty masz właśnie w sobie coś takiego, co mają oni, Polacy.
— Czy to czasem nie nazywa się duszą — powiedziała wesoło, wyskakując na trotuar.
— To za duży szemat.
— Pójdziemy Średnią, chcę się przejść trochę.
— Najbliżej będzie dojść do Widzewskiej, a stamtąd do Cegielnianej.
— Wybierasz krótsze, żeby prędko odbyć pańszczyznę.
— Wiesz przecie, Mela, że ja z wielką przyjemnością ci towarzyszę.