— Ja nie wiem czego, ale się bardzo boję, bardzo — i oczy jej biegały szybko po lesie.
— Tutaj nie ma zbójców, daję ci słowo.
— Gdzież tam, czytałam niedawno, że w tym lesie zabili powracającego z roboty robotnika, wiem z pewnością, że tutaj zabijają — wstrząsnęła się nerwowo.
— Bądź spokojną, przy mnie nic ci się złego nie stanie.
— Wiem, ty musisz być bardzo odważny. Kocham cię, Karl, pocałuj mnie, tylko mocno, mocno.
Zaczął ją całować.
— Cicho! — zawołała, odrywając usta od jego ust. — Ktoś woła!
Nikt nie wołał; las szumiał i pochylał się wolno i automatycznie, wysokie drzewa zdawały się koronami rozmiatać kłęby mgieł, co płynęły z pól coraz chyżej i coraz niklejsze, bo deszcz poczynał padać rzęsisty i sypał się na las niby grube ziarno, i bębnił z łoskotem w blaszane dachy restauracji.
Karol rozłożył parasol i stanęli pod drzewem, które ich nieco ochraniało.
— Zamoczysz się, bardzo mi żal, że na taką pogodę jesteś wystawiona.