— A ja przed chwilą zostawiłem go w podobnej sytuacji z Bucholcem.
— Co się stało, panie Karolu? — zawołała żywo Kama i przybiegła do Borowieckiego, zanurzyła mu we włosy swoją drobną, dziecinną jeszcze rączkę i pociągając go za głowę, wołała rozpieszczonym głosikiem: — Ciociu, niech pan Karol powie!
Kilka głów podniosło się znad talerzy.
— Przy mnie nic się nie stało jeszcze, a co po moim wyjściu — nie wiem. Szło na ostro. Horn z całą serdecznością przekonywał Bucholca, że jest złodziejem i szwabską mordą.
— Ha, ha, brawo Horn, dzielny chłopak.
— Szlachecka krew, panie dobrodzieju, tak czy owak, a zawsze się pokaże — mruczał Sierpiński ukontentowany, obcierając potężne, wyczernione wąsy.
— A ja pana kocham, bo pan jest porządny szlachcic, prawda ciociu?
— A ja Kamę panie dobrodziejki także...
— Kocham tak, czy owak — dokończyła Kama ze śmiechem.
— Nie tyle ma Horn dzielności, ile zwykłego, bezmyślnego zawadiactwa — powiedział Karol niechętnie.