— Żądałaś tego? — zapytał dosyć ostro.
— Tak, chciałam mojemu panu zrobić niespodziankę, bo przecież się nie gniewasz, co?
— Nie, Nina, nie, dziękuję ci z całej duszy, dziękuję... — szeptał, całując ją w rękę.
— Otwórz, to zobaczymy zaraz. Kazałam przysłać ten mały, tańszy, a taki jest tani, że nie do uwierzenia.
— Przysłał rachunek?
— Masz. Dwa tysiące dwieście lirów, to za bezcen,
— Tak... istotnie... za bezcen... — odpowiadał, drżącymi rękami odpakowując pudło.
Mozaika była prześliczna.
Na płycie kwadratowej czarnego marmuru o bardzo rzadkim błękitnawym odcieniu, rzucono wiązankę fiołków, róż jasnożółtych i liliowych, obsypanych złotordzawym pyłem storczyków; jeden motyl o rubinowo-zielonych skrzydłach chwiał się razem ze storczykiem, na który opadł, a dwa inne unosiły się w powietrzu. I tak to było cudownie wykończone i do złudzenia prawdziwie, że chciało się podnieść te kwiaty lub uchwycić za skrzydełka motyle.
Nina, pomimo, że to już widziała, krzyknęła z podziwu i przypatrywała się długo w niemym zachwycie.