— Panie doktorze — szepnął nieśmiało. — One tak pachną, te fiołki. Mój złoty doktorze, niech je pan weźmie. Pan taki dobry dla mnie jak mama, jak Józio, niech pan weźmie, mnie dała Zośka, niech pan weźmie — prosił cichutko i tak serdecznie, że Wysocki z uśmiechem rozrzewnienia fiołki przypiął do klapy palta.
Kiedy się żegnał, Jaskólska chciała mu wsunąć w rękę rubla.
Odskoczył jak oparzony.
— Bez głupstw, proszę pani — wykrzyknął zirytowany.
— Ależ nie mogę wymagać, aby doktór poświęcał tyle czasu i trudów... nie.
— Zresztą już mi mały zapłacił. Dobranoc pani.
Zniknął w korytarzu z Jaskólskim, który go odprowadzał przez zaułki do Piotrkowskiej.
— Głupie fanaberie szlacheckie — mruczał Wysocki, biegnąc tak szybko, że Jaskólski nie mógł nadążyć.
— Nie ma doktor nic dla mnie? — zapytał nieśmiało, równając się z nim wreszcie.
— Miejsca są, tylko tam potrzeba robić.