— Szkoda, że nie żyłem sto lat temu — zaczął niezwykłym tonem.
— Dlaczego?
— Byłbym się lepiej bawił na świecie. Sto lat temu było jeszcze dobrze. Istniały jeszcze potężne instynkty i potężne namiętności, jeśli byli zbrodniarze, to takiej miary jak Danton, Robespierre i Napoleon, jeśli byli zdrajcy, to tacy, którzy sprzedawali całe ludy, jeśli złodzieje, to tacy, którzy kradli państwa. A dzisiaj co? kieszonkowe złodziejstwo i żgnięcie scyzorykiem w brzuch!
— I nie potrzebowałbyś w tamtej epoce fabrykować swoich chemikaliów.
— Miałbym robotę inną, pomagałbym Robespierrom ścinać łby Żyrondzie i Dantonom, a Barrasom ścinać Robespierrów, żeby pozostałych kazać zatłuc kijami i wyrzucić psom.
— A w końcu? — zapytał Karol, niespokojnie patrząc na niego, bo mówił z zamkniętymi oczami i wyglądał na niezupełnie przytomnego.
— A w końcu pani Liberté, Fraternité, Egalité, plunąłbym w oczy, bo jest nonsensem i śmierdzi, a poszedłbym pomagać Wielkiemu oczyszczać świat z hołoty.
Karol zaczął się śmiać, biorąc jednocześnie kapelusz.
— Dobranoc ci.
— Już idziesz? Dopiero siedzisz godzinę i pół.