— Liczyłeś tak ściśle?
— Ze strachem, żeby nie było więcej. No, dość tych głupstw. W przyszłą sobotę czekam cię, czekam was wszystkich.
— Mam zamiar być wtedy u narzeczonej.
— Poślij zastępcę, a sam pojedziesz w niedzielę. Liczę na ciebie z pewnością.
Karol szedł Piotrkowską, ale czuł się jeszcze więcej zdenerwowanym i znużonym niż przedtem.
Zyskał tylko to, że pozbył się tych jakichś ciemnych niepokojów i wyrzutów sumienia.
Jakieś resztki niedawnego nastroju miał jeszcze w duszy, ale co chwila zapominał o sobie, bo mu w mózgu dźwięczały paradoksalne wywody Kurowskiego, które również prędko przeżuł.
Wracał do równowagi, bo zachciało mu się gwałtownie jeść. Więc wstąpił po drodze do Victorii.
W restauracji było prawie pusto z powodu przedstawienia w teatrze, które się niedawno zaczęło.
Garsoni136 drzemali w ciemnej sali od ulicy, a po dwóch pierwszych, oświetlonych, łaził Bum-Bum, poprawiał binokle obu rękami, trzaskał w palce i przystawał co chwila wpatrując się w światła wysadzonymi, martwymi oczami.