— Panno Ani, koniaczek — i trzaśniecie dłonią w pięść zaciśniętą.
Moryc przebiegł oczami „Zeitung”, niecierpliwie spoglądał na drzwi. Czekał na Borowieckiego. Wstał wreszcie, bo zobaczył w drugim pokoju znajomą twarz.
— Leon, kiedyś przyjechał?
— Dzisiaj rano.
— Jakże ci poszedł sezon? — pytał, siadając obok niego na zielonej kanapce.
— Świeeeetnie! — wyciągnął nogi na krzesełku i rozpiął kamizelkę.
— Myślałem dzisiaj o tobie, a nawet wczoraj z Borowieckim mówiliśmy.
— Borowiecki! ten od Bucholca?
— Tak.
— On wciąż drukuje swoje bojki? Słyszałem, że ma założyć na siebie.