— Wilczek, trzy razy pan sfałszowałeś. Wziąłeś pan C zamiast D, potem jechałeś pan o jedną oktawę niżej — zaczął Blumenfeld.
— Nic nie szkodzi, bo was dogoniłem prędko — śmiał się Wilczek, chodząc po pokoju, zacierał ręce, a potem bardzo uperfumowaną chustką obcierał sobie tłustą, okrągłą twarz, pokrytą rzadkim, niezdecydowanego koloru zarostem.
— Pachniecie jak cały skład perfum! — szepnął Horn.
— Mam perfumy w komis! — usprawiedliwiał się.
— Czym wy już nie handlujecie? — śmiał się Szulc, który pomimo swojej baryłkowatości, raźno się uwijał, nalewając herbatę dla wszystkich.
— Choćby waszym mięsem, Szulc.
— To nie dowcip! — szepnął Blumenfeld, siadając przy stole i rozgarniał chudą, nerwową ręką jasnozłociste włosy, które jakby aureolą otaczały jego wysokie, bardzo ładne czoło i długą, cierpiącą twarz o gorzkim uśmiechu.
— Panie Halpern, może pan z nami siądzie — zapraszał Horn.
— A dobrze, napiję się gorącej herbaty. Panowie gracie coraz lepiej ten kawałek, co to podobny do tego, jakby kto bardzo płakał, to mi zrobił takie wrażenie, że siedzieć nie mogłem. Śliczny koncert.
— Panie Józefie, herbata czeka na pana! — wołał Horn.