— Nic z tego, bo mam coś lepszego, interes cudowny, który mnie musi postawić, zobaczycie, że stanę od razu na czterech nogach.
— Ty zawsze byłeś czworonogiem! — odezwał się Malinowski i spojrzał na niego zielonymi oczami, w których była pogarda i niechęć.
— Ale nigdy nie byłem wariatem, nie zajmowałem się wynalazkami, niemożliwymi do urzeczywistnienia.
— Co ty wiesz, co ty możesz wiedzieć prócz tego, żeby okpiwać na kupnie i na sprzedaży, ty jesteś prosty, ordynarny handeles. Wiedzże o tym, że wariactwa ludzi genialnych więcej przyniosły dobrego światu, niźli praktyczna głupota, podobnych tobie, umiąca152 tanio kupić i drogo sprzedać. Słyszysz, Wilczek?
— Słyszę i będę o tym pamiętał, gdy zażądasz nowych kredytów.
— A propos, sprowadź mi dwadzieścia funtów drutu miedzianego, takiego, jaki był ostatnio — rzucił spokojnie Malinowski.
Wilczek pomimo gniewu zanotował obstalunek w notesie.
— Dajcież spokój z kłótniami i interesami.
— Jedno drugiemu nie przeszkadza — szepnął Wilczek i chodził po pokoju, zacierał ręce nerwowo, oblizywał duże, wywinięte usta i często poprawiał włosy, rozczesane przez całą głowę i tworzące mu grzywkę nad niskim brzydko pomarszczonym czołem.
Malinowski powlókł za nim oczami i szepnął: