Karol uśmiechnął się z jej pomieszania.
— Pan się ze mnie śmieje — szepnęła z przykrością.
— Dobrze, to i ja pójdę.
— Niech pan wieczorem przyjdzie z panem Maksem, to panom upiekę ciastek z jabłkami.
— Maks sam przyjść nie może? — pytał podstępnie.
— Nie, nie, to wolę, żeby pan sam przyszedł — zawołała prędko i czując, że ją oblewa rumieniec, uciekła w głąb domu.
Karol z uśmiechem popatrzył za nią i poszedł na obiad.
U Baumów od zimy zmieniło się wiele.
Było jeszcze smutniej i posępniej.
Wielkie pawilony fabryczne stały w dziwnej ciszy obumierania, bo zaledwie czwarta część ludzi pracowała.