Zaraz pojechali, bo powóz Meli czekał przed domem.
— Jedziemy do Róży?
— Jedziemy do Róży, jedziemy, gdzie tylko pani zechce, jedziemy choćby na koniec świata — zawołał gorąco.
— Słowa lecą dalej niż chęci, a chęci niż możliwość — szepnęła cicho, bo ją ogarnął spokój niedzielnego wieczoru, powrócił do rzeczywistości i przypomniał niedawne postanowienia.
— O nie, nie cofam swoich słów, niech mnie pani weźmie i poprowadzi aż do krańców możliwości.
Ujął jej rękę ze drżeniem.
— Więc tymczasem zawiozę pana tylko do Róży — odpowiedziała i oddała uścisk ręki, nie puszczając jej.
— A później? — zapytał cicho, zaglądając jej w oczy.
— Jutro dam odpowiedź — szepnęła, patrząc na konie biegnące kłusem.
Ciotka drzemała na przednim siedzeniu, kiwając się zawzięcie.