— Nie, ale można z niego nigdy nie wyrastać.
Karol się nie odezwał, tylko uważniej spojrzał w jego oczy.
— Mogę ci dostarczyć pieniędzy.
— Pożyczysz?
— Nie, powiększę swój wkład spółkowy. Nie opłaci mi się pożyczać, a i tobie będzie wygodniej, nie będzie ci ciężył termin spłaty, a przy tym w stosunku do wysokości wkładu mogę się zająć częścią interesów fabryki, po cóż się masz zapracowywać! — mówił wolno, niedbale prawie, z uwagą oglądając sobie paznokcie.
— Mógłbym ci wystawić weksle z sześciomiesięcznym terminem.
— Stanowczo pożyczka mi się nie opłaci, bo wolałbym te pieniądze puścić w ruch, obróciłbym w tym samym czasie kilka razy. Przyjmujesz?
— Dobrze, jutro pomówimy obszerniej. Dobranoc.
— Dobranoc! — szepnął Moryc, nie odrywając oczów od paznokci, aby się nie zdradzić z radością, jaką mu sprawił ten interes, a gdy Karol wyszedł, zamknął za nim drzwi na klucz, zasłonił okno, otworzył małą, wmurowaną w ścianę kasę ogniotrwałą, z której wyjął ceratową kopertę, pełną notat i rachunków i owiniętą w papier dużą paczkę banknotów.
Pieniądze przeliczył i schował je zaraz z powrotem.