— Gruba operacja! a jeśli się nie uda? — skrzywił się nerwowo z obrzydzeniem i spojrzał na drzwi.
Wydało mu się, że usłyszał kroki wielu osób i szczęk broni.
Uśmiechnął się z przywidzenia i z zapałem zabrał się do studiowania bilansu fabryki Borowieckiego.
Cały stan czynny i bierny jego interesów miał w notach i rachunkach, które mu skopiował jego człowiek, pracujący w kantorze budowy.
Karol zaś, chociaż przystał pozornie na powiększenie jego udziału w spółce, obiecywał sobie solennie, że musi się z tego wykręcić, że znajdzie jaki sposób wyeliminowania go zupełnie ze spółki.
Zbyt dobrze znał Moryca, aby mógł mu ufać.
A zresztą ta bezinteresowność dziwna u człowieka, dla którego rubel był Bogiem jedynym, a z jaką Moryc narzucał mu się od pewnego czasu, zastanawiała i czyniła go jeszcze ostrożniejszym.
Maksa się nie obawiał, bo znał jego uczciwość i wiedział, że Maksowi potrzeba tylko do szczęścia wielkiej pracy i pozorów pewnej samodzielności.
Maks pragnął robić u siebie, ale było mu to dotychczas obojętnym, czy jego dziesięć tysięcy rubli wkładu da mu dziesięć tysięcy procentu, czy też będzie żył tylko z pensji, jaką miał pobierać za prowadzenie przędzalni i tkalni.
Moryca zaś się obawiał.