Mówił długo, wyczerpująco, otwarcie.
Bankier się uspokajał, gładził już palcem bokobrody, pociągał nosem jakby wyczuwając padlinę, przy której i on mógłby się pożywić, błyskał oczami, uśmiechał się, bo zaczynał go porywać ten projekt łajdacki, zapomniał nawet, że to jego pieniędzmi będzie prowadzona ta kampania, przytakiwał całym sercem, czasem rzucił jakie słowo, jakiś plan uboczny, który zaraz Moryc chwytał w lot i uzupełniał, wcielał do swojego projektu i budował dalej, mówiąc coraz ciszej i poufniej.
Grosglick napił się wody, otworzył lufcik i krzyknął do ludzi, wywożących ze składów platformy naładowane wańtuchami wełny.
— Zaczekać na podwórzu!
— Deszcz, wełna zamoknie.
— Zaczekać, mówię ci, chamie!
Zatrzasnął lufcik, spoglądał czasami w zadeszczone niebo i szybko coś pisać zaczął.
Moryc umilkł i zapatrzył się na szereg wozów moknących na coraz gęstszym deszczu, a w końcu rzekł spokojnie:
— Wełnie niewiele przybędzie wagi, bo widzę, że wańtuchy nowe.
— Pan jesteś za... sprytny! — odezwał się bankier i kazał pokryć wełnę oponami226.