Pożegnał Reginę, uścisnął rękę Grosmanowi, odprowadził ich do sieni i powrócił.
— Landau może słyszeć...
Usiadł na krześle, założył nogę na nogę i bawił się długim, złotym łańcuszkiem od zegarka.
Moryc skupiał myśli, gryzł gałkę laski, gładził brodę, wciskał binokle i namyślał się, w jaki sposób kwestię posagu postawić, ale w końcu rzekł otwarcie i prosto:
— Co pan dajesz Meli?
— Co pan masz?
— Mogę panu jutro przedstawić pasywa i aktywa swojego interesu i akt spółki, jaką zawarliśmy dzisiaj z Grosglickiem. Ja nie potrzebuję pana oszukiwać. Moje interesy są murowane, moja gotówka nie jest z asekuracji trochę zakwestionowanej przez sędziego śledczego — powiedział umyślnie z silnym naciskiem. — Niech pan powie swoje słowo...
— Co pan masz? Powiedz pan cyfrę, jutro możemy sprawdzić...
— Trzydzieści tysięcy rubli gotówki! Do tego mój kredyt dwa razy tyle, ja jestem skromny. Moje wykształcenie, moje przyjazne stosunki ze wszystkimi milionerami łódzkimi, moja uczciwość, ani razu nie zbankrutowałem, to ważne...
— Bo się to panu nie opłaciło pewnie... — wtrącił spokojnie Landau.