Karol wszedł, przywitał się w milczeniu i rzucił się na krzesło.
— Z miasta idziesz? — zapytał stary.
— Jak zwykle — odpowiedział opryskliwie, zirytowany, że musi się tłumaczyć, ale spostrzegłszy niespokojny wzrok Anki, rozjaśnił twarz i miękkim głosem zapytał:
— Cóż tu nowego słychać? Nie mogłem być na obiedzie, bo jeździłem do Piotrkowa, przepraszam, że nie zawiadomiłem, nie było już czasu, bo jechałem niespodziewanie. Była tu pani Trawińska?
— Była, ale popołudniu odwiedziła nas pani Müllerowa z Madą.
— Müllerowa z Madą? — zapytał ze zdumieniem.
— Przyszły po sąsiedzku. Bardzo przyjemne kobiety i tak obie zgodnie wychwalały pana. Narzekały, że pan o nich zapomina.
— Także pretensje, byłem u nich parę razy zaledwie.
Wzruszył ramionami.
Anka spojrzała zdziwiona, bo Mada mówiła wyraźnie, że Karol na wiosnę bywał u nich prawie codziennie na herbacie.