— Karl, Karl! — wykrzyknęła, odsuwając się od niego, jakby pchnięta nożem.
— Ciszej mów, po co dorożkarz ma słyszeć! I nie przerażaj się tym, co powiem. Ja cię kocham, ale my się nie możemy widywać tak często, sama to rozumiesz, nie mogę narażać twojego spokoju, nie mogę cię narażać na zemstę męża, musimy być rozsądni.
— Karl, ja rzucę wszystko i pójdę za tobą, nie wrócę do domu, już nie mogę dłużej się tak męczyć strasznie, nie mogę, zabierz mnie Karl! — szeptała namiętnie, okręcając go sobą, pokrywając mu twarz pocałunkami.
Tak bardzo go kochała, że istotnie, gdyby zechciał, zdeptałaby wszystko i poszła za nim.
Trwożyła go ta wielka, dzika miłość, miał ochotę od razu i stanowczo powiedzieć, że ma już tego dosyć, ale żal mu się jej zrobiło, bo doskonale odczuwał, że dla niej poza tą miłością już nic nie istnieje, a przy tym obawiał się jakiegoś jej wybuchu, który mógłby go skompromitować.
Uspakajał ją, ale nie mógł zatrzeć łatwo wrażenia, jakie zrobiły pierwsze jego słowa.
— Kiedy odjeżdżasz?
— Pojutrze, on mnie odwozi. Przyjedź Karl, przyjedź... Musisz być i potem... aby zobaczyć to nasze dziecko.. — szeptała mu do ucha. — Karl — zawołała nagle — pocałuj mnie jak dawniej. Mocno... mocniej!...
Gdy ją pocałował, odsunęła się w kąt dorożki i płakać zaczęła spazmatycznie i narzekać, że jej nie kocha.
Uspakajał i zapewniał, ale nic nie pomogło, dostała histerycznego ataku, aż musiał zatrzymać dorożkę i biec do apteki po lekarstwo.