«Ależ trzeba nieszczęścia! wszak mówiłem o tém,

Żem niegdyś krzyż drewniany postawił nad błotem,

Jak tarczę od szatana — ot niszczał leciuchno,

Podgnił, upadł na ziemię, rozbił się na próchno,

I już trawa zarosła na ubitéj drodze,

Gdzie, bywało, wieczorem pomodlić się chodzę.

Więc znowu Boże odpuść! byłem w sidłach diabła —

Mój topor się potrzaskał — i ręka osłabła,

Nie miałem sił na nowo odbudować krzyża,

A już czułem jak starość, jak śmierć się przybliża,