Był to 19 stycznia 1943 roku.
Czy te daty będą notowane na marginesie historii?
Czy kogoś zainteresuje dzień, w który raz jeszcze i nieostatni nadludzki szczep niemiecki zakpił sobie z człowieczeństwa i wystawił na nową próbę wytrzymałość ludzkich serc, nerwów, raz jeszcze wypróbował swoich metod zabijania z szatańską, wyrafinowaną fantazją.
Dzień nie przynosi sensacji. Inspirowany przez fachowych „stimmungsmacherów15” nastrój lansowanej przez znane źródło wieści, że „akcja” nie dotyczy szopów16, czystka zwana selekcją obejmuje tylko dzikie domy17 w getto18. Spokój kładzie się z wolna na spragnione oszukiwania serca.
Egoistyczny spokój, że oni... nie my...
Panika pierwsza spada na sklepy i knajpy, nie ma chleba, stare bułki, czekając na okolicznościowe użytkowanie, idą masami, stare ciastka, resztki — wszystko, ogołocone bufety patrzą się zimnymi, białymi, zatłuszczonymi arkuszami papieru. Tłuste talerze, nagie stoły w głośnych jeszcze wczoraj knajpach pokazują pozbawione obrusów kulawe, chude nogi.
Wieczorem grupki schodzą się w mieszkaniach, ale bardzo wcześnie wszystko idzie spać.
Noc blokowa to stugłos i tupot. Zwierzęta ryją prymitywne kretowiska, naiwne schrony za szafami, z włazami przez skrzynie, gorączkowo zwiedza się piwnice, świtają pierwsze plany systematycznego chowania się w nory — plany, które po 3–4 tygodniach miały stać się pasją i gorączką nerwową getta.
Rano 19 stycznia.
Spokojne rano — z zastrzykami telefonów od zaprzyjaźnionych i neutralnych gestapowców.