To był już koniec podróży. Brat Jorge spojrzał na mnie wyczekująco. Nie od razu zrozumiałem, że czeka na wynagrodzenie. Podałem mu saszetkę z monetami. Nie przeliczył ich, od razu otworzył drzwi pasażera.
— To jest pańska ostatnia szansa — powiedział — Teraz wjadę na teren świątyni, dokonać przeglądu systemów bezpieczeństwa. Tak to muszę uzasadnić w raporcie. Kiedy zamknie się za mną brama, pan zostanie po tej stronie i już nigdy się nie zobaczymy.
— Odpowiada mi to — kiwnąłem głową, wziąłem torbę i wyskoczyłem z embraera. Drzwi zamknęły się za mną. Po chwili otworzyła się pancerna brama świątyni i embraer majestatycznie wmaszerował do środka.
Byłem sam na spękanym asfalcie, z którego wyrastały pierwsze pędy drzew. Za parę lat jezdnię też pochłonie młody las, który rósł wokół mnie na niegdysiejszych trawnikach. Mimo to wciąż poznawałem swoją dawną okolicę — wiedziałem, gdzie była pętla autobusowa, gdzie bazar, gdzie przychodnia. Wystarczały mi same sylwetki opuszczonych budynków, górujących ponad zaroślami.
Ruszyłem w stronę pętli po spękanym asfalcie. To był w końcu przez wiele lat naturalny koniec i początek moich podróży. Nie zdążyłem jednak do niej dojść. Gdy sylwetka kościoła zniknęła za drzewami, z brzozowego zagajnika nagle wyszły trzy postacie w mundurach wojska polskiego. Kobieta i dwóch przybocznych — od razu było widać, że ona tu dowodziła.
Wyglądali jak przegląd antropologiczny mieszkańców Warszawy, którzy przetrwali epidemię HSCV — kobieta, sądząc z urody, była pochodzenia arabskiego. Jej dwaj żołnierze to Mulat i Azjata. Jeśli dodać mnie, jako pół-latynosa, byliśmy w komplecie. Uśmiechnąłem się, choć tamci mieli twarze śmiertelnie poważne.
— Amer nie żyje. Zmarł dziś rano — odezwała się po polsku kobieta, bez żadnego wstępu czy przywitania — Chciał, żebyś został jego następcą. Zgadzasz się?
Z perspektywy czasu myślę, że powinienem był wcześniej domyślić się, dlaczego w ogóle Amer mnie tu zaprosił. Prawda jest jednak taka, że dopiero ta kobieta — wdowa po Amerze, jak się potem dowiedziałem — mi to uświadomiła.
Kiwnąłem głową. Czy w ogóle mogłem się nie zgodzić?
— To chodźmy — powiedziała i cała trójka zniknęła w zaroślach.