— Są w Warszawie miejsca, które wyglądają jeszcze gorzej. Na obwodnicy było najgorzej.

Kiwnąłem głową. O karambolu na obwodnicy słyszałem wtedy z radia. Zaraza trwała od dwóch dni. Pierwsze wiadomości były utrzymane w tonie niemalże żartobliwym, że oto epidemia chorobliwej senności, ha ha, mniej balujmy.

Potem było już o wypadkach śmiertelnych, potem o wielkim karambolu na obwodnicy Warszawy, a potem — to było najbardziej przerażające — polskie stacje radiowe po prostu przestawały nadawać. Kablówka też mi wysiadła, a razem z nią internet.

W tych ostatnich informacjach zalecano, żeby nie wychodzić z domu. Więc nie wychodziłem. Dopiero gdy na starym odbiorniku radiowym na falach krótkich złapałem BBC, dowiedziałem się, że zaraza nie zabija wszystkich, że dotyka niektórych „grup haplospecyficznych”. Nie od razu zrozumiałem, że ten politycznie poprawny eufemizm oznacza „rasę kaukaską” i że jestem bezpieczny dzięki swoim kubańskim genom.

Embraer dowiózł nas do ulicy Broniewskiego. Opuściliśmy przedwojenny Żoliborz, na którym mieszczańskie kamienice otaczały ulicę dostojnymi pierzejami, i weszliśmy w świat blokowisk budowanych w latach sześćdziesiątych zgodnie z utopijnymi wizjami Le Corbusiera8. Marzyły mu się wieżowce wśród ogrodów — teraz były to ruiny bloków zagubione w brzozowym lesie, który wyrastał wszędzie wokół nas.

Obwodnicy na szczęście nie musiałem oglądać. Nad Broniewskiego przebiegała estakadą. Embraer opuścił kabinę i przeszedł pod wiaduktem, jak wielbłąd przechodzący przez bramę starożytnej Jerozolimy.

W końcu ulica Broniewskiego się skończyła, dotarliśmy do ulicy Reymonta. Z poezji przeszliśmy w prozę, a ta doprowadziła nas do Conrada. W pierwszych latach niepodległej Polski nowo wytyczane ulice nazwano na cześć dziewiętnastowiecznych poetów romantycznych, którzy tę niepodległość wieszczyli — Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego. Spotykały się promieniście na placu prezydenta Wilsona, któremu Polska tę niepodległość faktycznie zawdzięczała.

Kolejną ulicę, budowaną już w komunistycznej Polsce, nazwano na cześć Broniewskiego — ten z kolei wieszczył Polskę ludową i egalitarną, w której wszyscy będą mieszkać w identycznych mieszkaniach w identycznych blokach. Kiedy zaś Warszawę w latach 70. rozbudowywano jeszcze dalej na północ, modne było podkreślanie naszych związków z Zachodem — na który się właśnie otwieraliśmy i który chętnie udzielał nam pożyczek. Dlatego ostatnią z ulic z tej serii nazwano na cześć Josepha Conrada. Po upadku komunizmu ulice nazywano na cześć generałów lub księży, ale już nie pisarzy.

Kościół Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych był architektonicznym paskudztwem z lat 90. Władze komunistyczne nie przewidziały go w planach, wierni więc znaleźli niewykorzystaną działkę na roku Reymonta i Conrada — nacjonalisty i kosmopolity. Ciekawe, czy by się polubili, gdyby się spotkali w prawdziwym życiu?

Bractwo zgodnie ze swoją polityką otoczyło kościół stalowym płotem, który znałem już z placu Wilsona. Kilka metrów od płotu biegła dodatkowa linia niewysokich zasieków. Embraer zatrzymał się przed nią, dzięki czemu mogłem przeczytać jedną z wielojęzycznych tabliczek ostrzegających, że działa tu automatyczny system bezpieczeństwa: ŚMIERTELNE NIEBEZPIECZEŃSTWO, PELIGRO MORTAL. O prawdziwości ostrzeżeń zaświadczały truchła zwierząt, które tych tabliczek nie przeczytały.