Embraer miał kształt cygara, mieszczącego kabinę na kierowcę i pięciu pasażerów, zawieszonego na sześciu nogach. Kroczył jak pająk, mogąc kabinę wywindować na jakieś dwa metry — dość, żeby cygaro przemykało nad wrakami samochodów i innymi przeszkodami ulicznymi. Nigdy czymś takim nie podróżowałem, a że przed zagładą należałem do ludzi pasjonujących się technologicznymi nowinkami, nawet trochę cieszyłem się z tego, że świat cywilizacji przynajmniej pożegnam w najnowocześniejszym pojeździe, jaki ma do zaoferowania.
Zgodnie z umową brat Jorge czekał na mnie pod kościołem św. Stanisława Kostki. Był w cywilnym ubraniu. Przywitał mnie, nie wiedzieć czemu, łacińskim „salve!” i bez dalszych słów zabrał do swojego embraera. Nie wiedziałem, jak się zachować, bo teoretycznie to, co robiliśmy, było nielegalne, więc po prostu podążałem za nim.
Inna sprawa, że już w samolocie zauważyłem, że znaczna część „pielgrzymów” przyleciała tutaj w interesach. Okupowana Warszawa była rajem dla przemytników, szabrowników i spekulantów. Różniłem się od nich tylko tym, że chciałem przemycić wyłącznie samego siebie — a cel mojej podróży, jak wynikało z wczorajszej rozmowy, był miejscem, którego unikały nawet patrole Bractwa. Co zresztą czyniło mnie tylko jeszcze groźniejszym przestępcą w świetle nowych praw rządzących miastem.
Embraer brata Jorge stał wśród drzew, opodal kościoła. Czy może raczej powinienem powiedzieć — spoczywał, bo te pojazdy bardziej przypominały zwierzęta niż maszyny. W stanie spoczynku kabina leżała na ziemi, żeby łatwiej było wsiąść. Embraer wyglądał więc trochę jak warujący pies, o ile można sobie wyobrazić wielkiego, sześcionogiego, metalowego psa.
Gdy się zbliżyliśmy, automatycznie otworzył drzwi po obu stronach. Uniosły się w górę, niczym w DeLoreanie7 z lat 80. Teraz wyglądało to tak, jakby ten sześcionogi pies miał na dodatek skrzydła.
Usiadłem na miejscu dla pasażera i zapiąłem pasy. Brat Jorge zajął stanowisko kierowcy i kilka razy dotknął rozświetlonego panelu sterującego. Drzwi opadły, cygaro się wzniosło i pojazd ruszył w stronę pobliskiego punktu kontrolnego. Dzięki automatycznej stabilizacji w ogóle nie czuło się kołysania — wrażenie było takie, jakbyśmy szybowali dwa metry nad ulicą.
Stojący w otoczonej workami piasku strażnicy zakonnik w mundurze Bractwa zasalutował nam i rozsunęła się pancerna brama. Przez panoramiczną szybę mogłem podziwiać widok nowej Warszawy, już poza zieloną strefą dla pielgrzymów.
To była ulica Krasińskiego — tyle pamiętałem z geografii miasta. Zgodnie z projektem sprzed stu lat, środkiem biegł pas zieleni, na którym wyrósł porządny, brzozowy zagajnik. Z obu stron spoglądały na nas martwe okna opuszczonych kamienic. Embraer z gracją kroczył nad wrakami samochodów, porzuconych na jezdni przez umierających kierowców.
Na skrzyżowaniu z Popiełuszki wraków było wyjątkowo dużo. Mogłem się domyślić, że tramwaj uderzył w autobus, potem w karambolu uczestniczyły samochody osobowe i nawet jakaś ciężarówka. Wraki były już mocno skorodowane, a do tego zaczęła je obrastać roślinność.
Brat Jorge zauważył minę, z jaką to obserwowałem, bo odezwał się wtedy jedyny raz podczas tej podróży: