— Nie wiem, czy go znajdę. Wawrzyszew, Chomiczówka, Bemowo, to są wielkie osiedla, tam przed zagładą mieszkały setki tysięcy ludzi.

— To też uznam za potwierdzenie. W takim razie, skoro podstawowe kwestie mamy już uzgodnione, pozostają szczegóły techniczne... — powiedział i rzeczywiście przez resztę wieczoru omawiał ze mną szczegóły podróży do kościoła pod wezwaniem Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych na ulicy Conrada 7, jakby była to zwykła wycieczka turystyczna.

Rozstaliśmy się i samotnie zjadłem kolację. Choć to pewnie miała być moja ostatnia noc w porządnym łóżku, nie mogłem zasnąć. Myślałem o bracie Jorge.

Takich ludzi nazywano „ludźmi renesansu”. Nie chodziło o ich wszechstronność, tylko o analogię — moim zdaniem naciąganą — z epidemią Czarnej Śmierci z XIV wieku. Podobno bez Czarnej Śmierci nie byłoby wymiany elit, a więc średniowiecze nigdy by się nie skończyło.

„Ludzie renesansu” podobnie widzieli współczesność. Mojemu pokoleniu zawalił się cały świat, a oni widzieli w tym szansę dla siebie. Widać było, że brat Jorge świetnie się czuł jako skorumpowany funkcjonariusz zbrojnego Bractwa, które było de facto armią okupacyjną. Nie miał wyrzutów sumienia, w swoim mniemaniu był zapewne prawym człowiekiem, który w ruinach Warszawy zaprowadza ład i porządek, od czasu do czasu przymykając oko w zamian za garstkę złotych monet.

Cały świat był teraz w rękach takich ludzi. Dlatego kiedy przyszedł mail od Amera, nie zastanawiałem się długo. Jeśli tak ma wyglądać renesans, to ja wolę zginąć razem ze średniowieczem.

Po śniadaniu zabrali nas do autokaru. Miał zamalowane okna, więc nawet nie wiedziałem, którędy nas wiozą. Podróż minęła mi przy akompaniamencie pieśni religijnych lecących z głośników. Z nudów przeglądałem ulotki w kieszeni fotela — mapa dostępnych dla pielgrzymów sanktuariów na terytorium „ziemi świętego Wojciecha”, wielojęzyczna broszurka o historii Santa Hermandad, łopatologiczna infografika, gdzie można adorować relikwie jakiego świętego (tu brat Albert, tam ksiądz Jerzy, tu Jan Paweł II, tam Maksymilian Kolbe), informacje o tym, jak się poruszać po warszawskiej „zielonej strefie”.

Dowiedziałem się z niej, że w obrębie strefy wszyscy są bezpieczni, ale pod żadnym pozorem nie należy się zbliżać do strażników na punktach kontrolnych z własnej inicjatywy. Należy czekać, aż dadzą znak, że wolno podejść. W sumie nie miało to dla mnie większego znaczenia, bo plan był taki, że przez punkt kontrolny przeprowadzi mnie brat Jorge.

Z autokaru wysadzili nas na placu Wilsona. Ledwie go poznałem. To kiedyś było serce dzielnicy Żoliborz. Teraz — gigantyczny parking dla autokarów, którymi wożono pielgrzymów i dla embraerów, którymi po Warszawie poruszało się Santa Hermandad.

Brazylijska firma, która słynęła kiedyś z produkcji samolotów6, wyprodukowała prototyp takiego łazika jeszcze przed zarazą. Był dla niej wybawieniem, bo potem popyt na nowe samoloty drastycznie spadł, a te łaziki, początkowo przeznaczone do poruszania się po brazylijskim interiorze, okazały się wręcz stworzone dla postapokaliptycznej Europy Wschodniej.