— Większość powstańców działa w ramach zorganizowanych struktur, głównie w rejonie Ursynowa i Mokotowa. Działają wbrew prawu, ale przynajmniej można z nimi się dogadać. Amer działa na własną rękę. Znalazł kilkudziesięciu wyznawców, opanował stare carskie forty Wawrzyszew, Babice i Groty. Czy te nazwy coś panu mówią? — nagle przerwał.

I cóż mu mogłem odpowiedzieć? Poprawić jego wymowę? Że nie Łołrajsef, na litość boską, tylko Vavrsheeshev, i nie Bebajsy, tylko Bahbeetze? W dzieciństwie objeździłem te forty na rowerze, w młodości piłem w nich tanie wino z kolegami, a czasem nawet koleżankami. Wiedziałem, gdzie można schłodzić butelki w fosie, a gdzie można dostać po ryju od osiedlowych dresiarzy. Cała ta wiedza dotyczyła świata, który przepadł na zawsze. Zamiast się nią dzielić, odpowiedziałem więc po prostu:

— Proszę mnie oświecić.

— To element pierścienia umocnień wybudowanych przez Rosjan pod koniec XIX wieku, w oczekiwaniu pierwszej wojny światowej. Rosjanie w końcu z nich w ogóle nie skorzystali, opuścili Warszawę bez walki. Polskie wojsko potem urządziło tam różne magazyny. Al-Tawil je zajął, przechwycił też uzbrojenie z innych jednostek wojskowych. Jego grupa ma więcej broni niż wszyscy powstańcy warszawscy razem wzięci.

— To chyba dobrze w postapokaliptycznych czasach?

— To nie była apokalipsa, tylko epidemia HSCV — poprawił mnie brat Jorge, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. — Nie uzasadnia łamania prawa. W ruinach Warszawy bez naszego zezwolenia nie wolno nawet przebywać, nie mówiąc już o jakiejś zabawie w partyzantkę. Chcemy uniknąć rozlewu krwi, ale nasza cierpliwość jest ograniczona. Pan się zamierza spotkać z Al-Tawilem, prawda?

Nie odpowiedziałem. To było zresztą pytanie retoryczne. Brat Jorge zrobił pauzę na łyk wina i kontynuował.

— Uznam to za potwierdzenie. Proszę mu przekazać, że wiemy, że on oczyścił pas startowy lotniska Bemowo i zaczął eksperymentować z dronami. Nie możemy mu na to pozwolić. Nie będziemy się bawić w szturmowanie tych jego fortów. Zbombardujemy to wszystko z powietrza, aż nie zostanie kamień na kamieniu z Bemowa i Wawrzyszewa.

— Świetny sposób na unikanie rozlewu krwi — mruknąłem.

— W pierwszej kolejności chcemy unikać rozlewu naszej krwi. W chrześcijaństwie nazywamy to zasadą ordo caritas5 — brat Jorge uśmiechnął się zimno. — Czy przekaże mu pan to ostrzeżenie?