Spodziewałem się takiej odpowiedzi. Amer uprzedził mnie, że kiedy braciszkowie z Santa Hermandad dowiadują się, że mają robić interesy z kimś, kto technicznie rzecz biorąc jest ich wrogiem, będą się chcieli wycofać. Wtedy należy po prostu podwoić stawkę, co też zrobiłem.
— Dwadzieścia krugerrandów — odpowiedziałem.
— Twenty? Veinte? — upewnił się Jorge po angielsku i po hiszpańsku. Dwukrotnie kiwnąłem głową, a potem jeszcze dodałem „dwadzieścia” po polsku.
Braciszek usiadł. Uśmiechnąłem się — pewne rzeczy się nie zmieniają, nawet po apokalipsie.
— Skoro jestem płacącym klientem, to chyba powinno być inaczej, bracie Jorge — powiedziałem. — Pan mi powinien powiedzieć, co pan wie na temat Amera Al-Tawila. Jestem przecież tylko zagubionym pielgrzymem na ziemi świętego Wojciecha. Rycerz powinien udzielić porady strapionemu, prawda?
— No dobrze, choć podejrzewam, że pan wie więcej od nas. Z naszego punktu widzenia, Amer Al-Tawil jest najbardziej niebezpiecznym powstańcem. El insurgente — dodał po hiszpańsku.
— Nie powinniście ich nazywać „bandidos”? — uśmiechnąłem się.
— Proszę nie robić z nas nazistów — prychnął Jorge. — Powstańcy tak nas nazywają, bo ukradli symbolikę poprzedniego powstania warszawskiego. Ale my nie przyjechaliśmy tutaj, żeby kogokolwiek zabijać. Jesteśmu tu, żeby chronić ludzi.
Lata spędzone w Londynie sprawiły, że miałem na to już tylko jeden rodzaj riposty.
— But of course4 — uśmiechnąłem się szyderczo. Jorge udał, że nie rozpoznał mojego sarkazmu. A może naprawdę nie rozpoznał? W każdym razie perorował bez chwili zawahania.