Widok był niemalże sielski — znów z wyjątkiem samochodów. Nawet z tej wysokości było widać nieład panujący na podmiejskich uliczkach i na ekspresowej drodze na Gdańsk. Wraki porozrzucane były w nieładzie, jakby dziecko znudziło się zabawkami.
Inni pielgrzymi w samolocie też w milczeniu patrzyli przez okna. Nie wszyscy byli Polakami, na lotnisku i na pokładzie zdążyłem usłyszeć strzępki rozmów po angielsku, po włosku i po hiszpańsku. Nie dla wszystkich więc miało to takie znaczenie emocjonalne, jak dla mnie, ale śmierć ma swój uniwersalny język, zrozumiały dla każdego.
Wylądowaliśmy w Modlinie. Jak każdy, wolałbym Okęcie, ale Bractwo Santa Hermandad zamknęło je do odwołania. Oficjalnie z przyczyn technicznych, ale pewnie tak naprawdę chodziło o to, że Okęcie leży zbyt blisko terenów kontrolowanych przez powstańców.
Po schodkach zeszliśmy na płytę lotniska. Pierwsze, co zobaczyłem, to ruiny nowoczesnego terminala. Nie chciało im się ich wyburzyć, ani nawet czymś zasłonić. Myślałem, że chociaż podstawią pod nas jakiś autobus, ale zamiast tego na płycie powitało nas kilku smutnych Latynosów w mundurach Santa Hermandad. Gestem wskazywali prowizoryczny barak z godłem Bractwa i napisem po polsku, po łacinie i po hiszpańsku: „WITAMY PIELGRZYMÓW NA ZIEMI ŚWIĘTEGO WOJCIECHA”.
Ruszyliśmy z bagażami gęsiego w stronę baraku. Czekali tu na nas agenci Bractwa, też Latynosi. Każdy miał swoje biurko, otoczone niewysokim ogrodzeniem, tworzącym coś przypominającego boksy w redakcyjnym open space, w którym pracowałem przed epidemią. W każdym boksie — krucyfiks, logo Bractwa i portret papieża Franciszka III.
Wciąż pamiętałem, jakim szokiem był wybór pierwszego Franciszka, który za życia jeszcze nie miał numeru przy imieniu. Papież spoza Europy! Nie do pomyślenia! Teraz, kiedy zaraza zdziesiątkowała Kościół w Europie, sensacją była obecność na konklawe jednego czy dwóch kardynałów ze starego kontynentu. Kościół katolicki stał się kościołem latynoamerykańskim. Kiedyś nieubłagane zasady demografii uczynią go kościołem afrykańskim, ale na razie Latynosi rządzili nim do tego stopnia, że Watykan doczekał się ironicznego przydomka „Ciudad Vaticano”1.
Po kwadransie przyszła moja kolej. Jeden z celników zamachał na mnie ze swojego boksu, wołając po polsku „Następny!”. Gdy zobaczył w moim dokumencie podróży, że przybyłem tu z Londynu, przeszedł na angielski, co mi nie przeszkadzało.
Byłem tu pierwszy raz, ale opowiedziano mi, jak się zachowywać podczas kontroli. Nie czekając na polecenie rozpakowania bagażu otworzyłem torbę podróżną i wyjąłem z niej saszetkę, w której miałem dwadzieścia dwa krugerrandy. Ułożyłem je na biurku w równych kupkach, żeby agent wyraźnie widział, że jest ich dwadzieścia plus dwa.
— Deklaruję dwadzieścia złotych monet — powiedziałem. Agent ceremonialnie wpisał to do formularza i skinął ręką. Schowałem dwadzieścia monet z powrotem do saszetki, a saszetkę włożyłem do torby. Dwie monety zostały na biurku. Celnik od niechcenia przykrył je tekturową teczką.
— Jeśli przywozi pan jakiś elektroniczny sprzęt, w pańskim interesie jest to, żebym go również wpisał do deklaracji — powiedział. — Inaczej będzie miał pan kłopot z wywiezieniem go.