— Nie zamierzam niczego stąd wywozić — odpowiedziałem, zgodnie z prawdą. Kiwnął głową, jakbym powiedział najoczywistszą rzecz na świecie i wbił mi stempel do dokumentu podróży.

— Witamy na ziemi świętego Wojciecha! — powiedział radośnie, wręczając mi go z powrotem.

Przy wyjściu z baraku czekał już na nas autobus w barwach Santa Hermandad. Zawiózł nas do Domu Pielgrzyma opodal lotniska. Do spotkania z moim kontaktem miałem jeszcze dobre dwie godziny, wykorzystałem je na odświeżenie się w przydzielonym mi pokoju. Miałem świadomość, że to moje ostatnie na bardzo długo, a może na zawsze, chwile spędzone w cywilizacji.

Odkręcając prysznicowy kurek z napisem „agua caliente2 uświadomiłem sobie, że jeszcze nie byłem w żadnym budynku wzniesionym już po zarazie. Nawet w miastach, w których było stosunkowo mało ofiar, jak Berlin czy Londyn, epidemia spowodowała spustoszenie na rynku nieruchomości. W Europie niczego już nie opłacało się budować, nie produkowano więc też mebli czy armatury łazienkowej. Sądząc po etykietach w moim pokoju, Bractwo musiało wszystko sprowadzać z Ameryki Łacińskiej.

Dzięki temu jednak w pokoju pachniało świeżością. Już zdążyłem zapomnieć ten zapach!

Zapomniałem też inny zapach, a raczej smród. W sali jadalnej na parterze, w której umówiłem się na spotkanie, powietrze było aż siwe od zapachu papierosów, cygar i fajek. Na terenie kontrolowanym przez Bractwo nie obowiązywały europejskie zakazy.

Trzymałem w ręce Jądro ciemności Josepha Conrada. Tak się umówiłem ze swoim kontaktem, po tym miał mnie rozpoznać. To był mój pomysł — skoro celem mojej wyprawy była ulica Conrada. Czytałem to przedtem tylko raz, w liceum, jako obowiązkową lekturę.

Odświeżyłem sobie Jądro ciemności teraz w samolocie. Może to świat się tak bardzo zmienił od moich czasów licealnych, a może to ja się tak zmieniłem, ale dopiero teraz uderzył mnie rasizm tej książki. Dla narratora całe zło kolonializmu zdawało się sprowadzać do tego, że biali ludzie tracą w Afryce swoją cywilizacyjną wyższość i upodobniają się do otoczenia.

To, że źródłem problemów jest raczej korporacyjny wyzysk, którego ofiarami padają (oczywiście w różnym stopniu) zarówno czarnoskórzy niewolnicy, jak i ich białoskórzy nadzorcy, a także główny bohater, wysłany przez firmę w bezsensownej misji — autorowi zdawało się w ogóle nie przychodzić do głowy. A przecież dla korporacji oni wszyscy są tylko pozycjami w rubryce „koszty”, które nieustannie trzeba redukować.

Zabawnie czytało się to teraz, kiedy zaraza unicestwiła tamten świat, razem z tak zwaną białą rasą. Nie było już „brzemienia białego człowieka”, bo nie było białego człowieka, w każdym razie w takim sensie, w jakim to rozumiał Conrad.