Naukowcy spierali się ciągle, co właściwie się stało. Ale udało im się tylko wymyślić ładną, naukową nazwę: wirus śpiączki haplospecyficznej, HSCV. Działał śmiertelnie tylko na ludzi, którzy i po ojcu, i po matce odziedziczyli geny występujące wyłącznie wśród tak zwanej rasy kaukaskiej. Cała reszta, czyli wszyscy żyjący dziś ludzie, byli biernymi nosicielami. Pierwsze zachorowania były w Europie Wschodniej, która w XXI w. zachowała względną etniczną jednorodność.

Tutaj zaraza spowodowała największe spustoszenie. Po ulicach Paryża, Nowego Jorku czy Londynu chodzili ludzie o różnych kolorach skóry, z genami będącymi miksturą z wszystkich kontynentów. Tam więcej ludzi ocalało — a w Warszawie czy w Budapeszcie zginęli prawie wszyscy, poza mieszańcami takimi jak ja.

Zamówiłem w barze kawę i usiadłem w stosunkowo najmniej zadymionym miejscu. Jądro ciemności położyłem na stoliku tak, żeby było je widać z daleka.

Niepotrzebnie, mój kontakt obserwował mnie już od jakiegoś czasu. Był młodym, przystojnym Latynosem w mundurze Bractwa. Stał przy barze z kieliszkiem czerwonego wina.

Przedstawił się jako Jorge i zaczął mówić do mnie po hiszpańsku. Przerwałem mu po angielsku.

— Mam hiszpańskie nazwisko, ale to po ojcu, kubańskim dyplomacie. Jestem Polakiem.

— Polakiem? — zdziwił się Jorge — Takiego kraju nie ma już na mapie. Mieszka pan w Londynie, więc jest pan Brytyjczykiem.

Nie chciało mi się z nim kłócić o politykę, bo przecież nie spotkałem się z nim tutaj dla przyjemności. Oczywiście, nie miał racji, nie przyjąłem brytyjskiego obywatelstwa, podróżowałem na paszporcie nansenowskim3, jak poprzednie pokolenia bezpaństwowych Polaków. Zresztą nic nie wskazywało na to, że Jorge chciał obrazić moje uczucia, bo kontynuował po tym rozmowę jakby nigdy nic.

— Zanim dobijemy targu, musimy ustalić jedną rzecz. Co pan wie o Warszawie?

— Poza tym, że w tym mieście spędziłem pierwsze czterdzieści lat życia? — odpowiedziałem, rozbawiony samym pytaniem.