— To już nie jest ta sama Warszawa — powiedział Jorge z namaszczeniem godnym zakonnika. — Nie wiem, jak dalece pan sobie uświadamia to, że do tamtych lat już nie ma powrotu.
— Dlaczego w ogóle o tym rozmawiamy? Myślałem, że to prosta transakcja. Płacę panu umówioną sumę, a pan mnie zabiera w ustalone miejsce. Wszystko przecież już uzgodniliśmy przez internet.
— Nie, nie wszystko i bardzo wyraźnie to podkreślałem przez internet — odpowiedział Jorge. — Transakcja, o której rozmawialiśmy, jest niezgodna z prawem. Obaj możemy mieć z tego powodu nieprzyjemności. A co za tym idzie, to nie jest zwykła transakcja kupna i sprzedaży. Z mojej strony wygląda to prosto, ale na wszelki wypadek powtórzę: pan mi płaci dziesięć krugerrandów, a ja zabieram pana do kościoła pod wezwaniem Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych. Teraz niech mi pan pomoże zrozumieć pańskie intencje.
— To chyba nie jest przesadnie skomplikowane — wzruszyłem ramionami — chcę panu zapłacić w zamian za przemycenie mnie do tego miejsca. Coś tu niejasnego?
— Jedna istotna kwestia. Czy zamierza pan wrócić?
— Czy to ważne? Rozumiem, że umawiamy się na bilet w jedną stronę i akceptuję to.
Jorge westchnął.
— Dlatego właśnie na początku zapytałem, co pan wie o Warszawie. Tej obecnej, wymarłej, o mieście duchów, które zajęło miejsce Warszawy z pańskich wspomnień. To bardzo niebezpieczne miejsce.
— Jestem tego świadom.
— Nie jestem pewien, bo widziałem już podróżnych takich jak pan, których przygnały do Warszawy jakieś dziwne sentymenty, chcieli jeszcze raz spędzić noc w swoim starym domu i tak dalej, a potem przedzierali się do naszych posterunków, błagając o ratunek. W takiej sytuacji pojawia się oczywiście pytanie, skąd taka osoba się tu w ogóle wzięła, kto ją przemycił poza zieloną strefę. Jak się pan domyśla, bardzo by mi to było nie na rękę, gdybym z pańskiej winy sam został przedmiotem takiego dochodzenia.