— No, panie! Wyśmienite są wprost!

— Jadł pan kiedy?

— Nie próbowałem, panie, ale cóż to — mniejsze od śledzia; gdzież by tam jakie niedobre się pomieściło!

— Aha, tak — powiadam.

Poszedłem na dziób, tam rozebrałem się do naga i leżałem na słońcu z godzinę. Myśli mam nijakie; nie jestem szczęśliwy i nie cierpię. Tak muszą się czuć zwierzęta. Słońce już mnie przyprażyło dość ostro, więc biegnę do łazienki i tam z pół godziny moczę się w wannie, w morskiej wodzie. A choćby i w grudniu węgiel roznosić — byle w kraju. Gwiżdżę na ryby, na „roztocz szmaragdową”, na bajdewindy14 i sztormy! Huśta mnie w tej wannie jak karpia w szafliku na żydowskiej furze. Ciekaw jestem, kiedy ten „Orient” tak się bujnie, że już się więcej nie podniesie? Bo to już męczy, ten ciągły lęk, że się w coś łbem wyrżnie! I tak ciągle, do obiadu steward podniósł listwy wokół stołu, żeby naczynia nie pospadały. Z kapitanem rozmawia się o codziennych sprawach. Po obiedzie ślęczę nad wycinankami. W jadalni jest cicho, ale przesuwające się obrazki na ścianach, jakieś skrzypy — wszystko to trochę irytuje. O piątej steward wnosi kawę, przy tej kawie staram się trochę pogawędzić z panem De, ale nic ciekawego nie mamy sobie do powiedzenia. Już taka atmosfera. Tuż przed kolacją przedstawiam mu złożony już obrazek z wycinanek. Jest okręt i burza na morzu. Widzę, że mu to imponuje. Jeszcze coś sprawdza palcami, wygniata, w końcu mówi:

— To świadczy, że posiada pan smykałkę do tych rzeczy.

I nic więcej! Wieczorem przyczajone koty skaczą co chwila za rybami, które przyciągane światłem, wpadają na pokład. W końcu objedzone drapieżniki już nawet nie reagują na nowe ofiary.

2 lipca

Jest jakby cichy, tajny kontakt słońca z morzem. Wszystkie tanie metafory złych poetów, jak „słońce pieści fale”, „słońce przegląda się w lazurowej tani” i podobne określenia, mieszczą się w tym kontakcie. Ta jedyność tych dwóch — morza i słońca — dręczy brakiem szerszego tematu. Bo prostu nic tu się nie dzieje; sama uroda. To nie dla mnie. Znów wyleguję się nago na dziobie. Słońce grzeje, wiatr chłodzi. Z brodą opartą na rękach wpatruję się w dół, w morze. Czasem tuż sprzed dzioba wypryśnie kilkanaście ryb i wachlarzem puszczają się w swój niedaleki lot. I po atrakcji. Nagle czuję, że plecy mam oparzane i po kąpieli zaczyna się ból, męka. Dziś zdaję sobie sprawę, że przecież już wczoraj było bardzo gorąco, a dziś ociekam potem. Mam na sobie tylko spodnie i koszulę, ale ciąży mi to jak pierzyna. W naszej kabinie i w jadalni warczą wentylatory. Koty leżą z wywieszonymi językami, nieskore do figlów. Okręt za to nic nie uspokoił się, to samo co i wczoraj. Do obiadu steward podał karafkę kwasu z lodówki. Jest to smaczne, bo zimne. Jemy niewiele. Staram się trochę pisać, bo pan De przerwał swoją pracę i mam spokój, ale każde słowo odkleja się pod palcami, więc kładę się plecami do góry, i tak się czas wlecze. Aż tu nagle pod wieczór zaczyna siepać deszcz i chociaż upał przestał dokuczać, ale za to jakiś ekstrakt smutku ulokował się we mnie i począł dręczyć aż do mdłości. Nie mogę czytać tego Sobieskiego; czegoś mi za bardzo świątobliwy, ale co do Niemców ma rację. Ułożyłem swoje zwłoki w skrzynce, tam się obijam aż do ciężkiego, dusznego snu.

3 lipca