Byłem wzburzony. Przecież wyraźnie mnie obraził. Położyłem się na kanapie i w zdenerwowaniu paliłem papierosy. Po jakiej godzinie poszedłem do stewarda i zapytałem go, czy kapitan będzie na obiedzie. Odpowiedział mi, że kapitan będzie jadł na górze. Poszedłem do kabiny i zwaliłem się na łóżko. Po krótkim czasie usłyszałem, jak pan De pytał się stewarda o to samo. Skończyło się na tym, że dnia tego obaj nie usiedliśmy do stołu.

Dopiero przed kolacją pogodził nas następujący wypadek. Siedzieliśmy w pewnym oddaleniu, bawiąc się z jednym kotkiem, bo dwa gdzieś się zapodziały. Jedynak kolejno reagował na nasze zaczepki i obaj wyczuwaliśmy cichą rywalizację, u którego z nas dłużej kotek zabawi. Wreszcie kiedy kot podbiegł do mojego patyka na sznurku, wziąłem go na ręce i odszedłem. Usłyszałem za sobą gniewny głos pana De:

— To tak się robi! Wybitny rys charakteru, szkoda gadać!

Zawróciłem i puściłem mu kotka na kolana ze słowami:

— Masz pan tego kota, udław się pan nim!

Kot widać wyczuł niedobrą atmosferę, bo kiedy pan De wyciągnął po niego ręce, dał gwałtownego susa i wpadł do morza. Podbiegliśmy do bariery i zaczęliśmy wrzeszczeć jak opętani, tymczasem nieszczęsne stworzenie, miaucząc przeraźliwie, szybko zniknęło nam z oczu. Spojrzeliśmy na siebie z przerażeniem. Zrobiło nam się przykro, tym bardziej że otoczyło nas kilku marynarzy, z którymi nie mogliśmy się porozumieć, i patrzyli na nas podejrzliwie. Wreszcie przybiegł telegrafista, za nim kapitan. I kiedy dowiedzieli się, o co chodzi, spojrzeli obojętnie na morze i odeszli. Położyłem swoją rękę na ręce pana De, on uczynił to samo i tak staliśmy bez słowa długą chwilę. W końcu bardzo zmartwieni usiedliśmy w jadalni i już przez cały wieczór smutno rozmawialiśmy o przykrym zdarzeniu. Odczuwaliśmy niesmak i bezradność. Wprawdzie kapitan, który zszedł na kolację, pocieszył nas, że te koty i tak miał zamiar potopić, a zostawić tylko Pessi, ale nam ciągle było nijako, bo myśleliśmy o przyczynach, które to spowodowały. Zepsuł powagę tego wrażenia pan De, kiedyśmy już leżeli w łóżkach. W pewnej chwili ziewnął i powiedział:

— A tam! Jeden kot więcej, jeden mniej!...

Nic nie odpowiedziałem.

13 lipca

Pogodna sobota. Na dolnym pokładzie marynarze golą się wzajemnie i strzygą. Jako dodatek do tej higienicznej grupy poszczekująca, żywa piłka — suczka. Nastrój na okręcie jest wiosenny, morze wesołe i jasne, w powietrzu świeżość. Słońce już zaprzestało głupiego kawału ze zniknięciem cienia. Jest cień, niewielki, ale jest! Rusza się i towarzyszy. Niby głupstwo, a jednak dręczy ten kotek, co się utopił. Jego rodzeństwo baraszkuje po dawnemu, tylko Pessi niespokojnie pomiaukuje — niespożyta poszukiwaczka. Pan De zjawił się w czystej koszuli, starannie uczesany, w sztuczkowych spodniach, rannych pantoflach, stanął blisko mnie i czyszcząc sobie pilniczkiem paznokcie, tak zaczął mówić: