— Dajmy spokój, przecież nie po to tu siedzimy, aby sobie wypominać tamte głupstwa.

— No pewnie, ale mnie też jest nieprzyjemnie... zawsze jestem trochę starszy...

— Ale śpiewa pan podczas gry! Naumyślnie, aby mnie irytować.

— Pan co prawda też ma swoje sztuczki od siedmiu boleści. Ja tam nic nie mówię, ale czasem...

— Dosyć, chodźmy się lepiej przejść albo na kawę, tam — na ten placyk.

Mimo wszystko wyszedłem w upojeniu. Pokazywałem panu De co chwila jakieś rzeczy godne uwagi, ale on już z natury niczemu się nie dziwił i tylko mówił: „A tak, owszem”... Potem piliśmy znów kawę i koniak. Później znów pojechaliśmy małą łódeczką na okręt i przebraliśmy się w smokingi. To nie był mój pomysł, choć mój być powinien. Łódeczka odjechała i w smokingach krzyczeliśmy z pokładu w otuloną zmierzchem i pustą przestrzeń jak rozbitki wzywające ratunku. Pomagali nam marynarze gwizdami na palcach. A miasto przyzywająco mrugało światłami i w ogóle była cisza. W końcu na aksamitnej toni zauważyliśmy smukłą plamę jakiejś łódki, która zatrzymała się i męczyła nas swoim niezdecydowaniem. Wreszcie podjechali trzech rybaków w łódce przepełnionej jakimiś gratami z dziedziny rybołówstwa. Stojąc, podjechaliśmy do brzegu. Pozostawiliśmy najstarszego rybaka ze srebrną monetą w dłoni w pozie pełnej mistycznego zachwytu na klęczkach. W smokingach i bez kapeluszy szliśmy drogą, uskakując przejeżdżającym samochodom. Potem weszliśmy do baru z szyldem „Zanzibar”. Ach, jak tam było wesoło — tłumy ludzi, muzyka, nieznajome dziewczęta całowały nas w usta i prztykały wylakierowanymi paznokietkami w nasze gorsy.

18 lipca

Tak, to prawda! Dziś jest osiemnasty lipca. Gdzieś się zapodziały trzy dni i dziś tylko wspomina je obolała głowa w niejasnych fragmentach. Leżymy na swoich łóżkach, czując taki wstręt do siebie, że jeden zna wprost myśli drugiego i cała kabina przesiąknięta jest tym wstrętem. Oczywiście, jesteśmy już w drodze, widzę to po wolnym i wahadłowym ruchu pewnego łańcuszka. Odjazd przespaliśmy i cały pobyt w Santa Cruz może się wydać chorobliwym majakiem, który pozostawił (we mnie przynajmniej) straszliwe fizyczne następstwa. Dla wyjaśnienia muszę wyznać, że krótki bełkot ze stewardem powiadomił mnie o dacie. W tej chwili właśnie nawiązuję kontakt z okrętem po koszmarnej przerwie pobytu na lądzie. Po prostu właśnie obudziliśmy się. Pan De także nie śpi, czuję to, choć leży cicho. Jest jakiś parszywy kolor za oknami: wilgotna siność. I trudno się zorientować, czy to świt czy zmierzch. Zegarek wskazujący na piątą też mi nic nie mówi, tym bardziej że pada deszcz i skrapia szyby iluminatora. Czuję się wprost okropnie. W głowie usadowił się jakiś piekący polip, każda myśl zdaje się nieszczęściem, a wspomnienie wprost boli. Wstaję, zataczam się od potknięcia o jakieś przedmioty (choć mam wrażenie, że gdybym się nie potknął, także bym się zatoczył!) i przekręcam kontakt. Światło ukazuje stertę łachów na posadzce, wśród których rozpoznaję swój smoking. Na szczęście jestem w piżamie. Na górne łóżko boję się wprost spojrzeć.

Powlokłem się do łazienki i w wannie zaczęło mnie opuszczać odurzenie po to, żeby już wyraźnie zdać sobie sprawę z fatalnego stanu. Przede wszystkim, niby stado psów, opadły mnie jakieś nie umotywowane wstydy. Ze straszliwej luki w pamięci wychynęły potworki nie uświadomionych jeszcze, zaledwie przewidywanych czynów. Idiotycznie i z uporem począłem starania, aby w ogóle nie myśleć, ale udręka rozumowania nie opuszczała mnie ani na chwilę. Czysty na ciele, czułem wewnątrz warstwy lepkiego brudu. Bolały mnie stawy, w ustach czułem jakby zanieczyszczoną ranę. Wypłukałem usta i oczyściłem zęby, po czym wróciłem do kabiny. Z miejsca odurzyła mnie cała gama przeróżnych smrodów. Ze strachem zbliżyłem się do lustra i ujrzałem tam opuchniętą gębę z wywieszonym białym językiem. Oczy obce i wypukłe. Podniosłem smoking i zacząłem myszkować we własnych kieszeniach. Wyjąłem trochę drobnych monet, zmięty paszport z odklejoną fotografią, dwie rozpuszczone czekoladki, zwiędłą różyczkę i trochę twardych okruchów czegoś. Zielone pióro — najświętszy podarunek od najświętszej, jak mi się kiedyś wydawało, osoby — marki Parker przejęło mnie wprost szaloną radością, skoro je ujrzałem całe i bez skazy. Poza tym pyszny strój wieczorowy był popielaty i w plamach, a także obok kieszeni wyglądały bebechy płótna i podszewki z dwucalowego rozdarcia. Porozwieszałem te rzeczy, gdzie należy, garderobę partnera wcisnąłem w kąt, włożyłem spodnie i poszedłem do stewarda zapytać go o porę dnia czy nocy. Powiedział mi, że jest ósma wieczór. Wróciłem jeszcze do kabiny, aby spojrzeć na swój zegarek. Wskazywał piątą i nie wydawał wiadomego odgłosu. Wyjrzałem jeszcze na pokład i zaraz cofnąłem się, bo lało i słychać było znienawidzony zgrzyt szufli. Usiadłem w jadalni przy zastawionym końcu stołu. Ściany lekko drżały i ja się też trząsłem. Czuję się w tej chwili tak, jakbym w ogóle nigdy nie wyjeżdżał i kilka nocy spędził w jakichś warszawskich spelunkach. Przenika mnie wstyd, którego żadnym rozumowaniem nie mogę się pozbyć. Straciłem absolutnie poczucie egzotycznych wrażeń, jakie się we mnie przez cały okres podróży nagromadziły. Opanowała mnie straszliwa szarzyzna, bolesna rzeczywistość życia z całą jego namacalnością, z pospolitością otaczających mnie przedmiotów. Odsunąłem się ze wstrętem od konserw i zimnego mięsa. Nieudolnie próbuję myśleć, że przecież jest to zwykłe nadużycie trunków i niewyspanie, że przecież jutro będzie lepiej, że mogę przecież rozpocząć inne, solidne życie. A cóż tak znów wysoko zmierzasz, co to ma wspólnego z solidnością, to ordynarne i nieopanowane wytarzanie się w rozpuście?! Jesteś zwykłe bydlę bez odrobiny charakteru. Prawda, ale widocznie ta długa rozłąka z lądem tak na mnie podziałała. Nie okłamuj się. Przyzwoity człowiek może sobie pozwolić na małą hulankę, ale skoro przyjedzie do obcego i pięknego miasta, nie będzie się szargał przez trzy dni, aby potem w ogóle nie móc nawet w przybliżeniu określić, jak to miasto wygląda. Żeby w ogóle nic nie zwiedzić, nie nacieszyć się tym stałym lądem, którego tak pragnął! W twarz tylko takiemu napluć się godzi! No, sumienie tym przyzwoitym człowiekiem się zarżnęło. To dla mnie jakiś nowy termin. Przyzwoitość! Co to znaczy? Może opanowanie, takt, spokój i uczciwość? Nie, tak ze mną nie trzeba było gadać, braciszku! Jestem sobie zwykły żywy i niegłupi człowiek, przede wszystkim żywy. Popełniam wprawdzie błędy, ale nie ma we mnie nic z nikczemności. Może trochę za bardzo się rozbuchałem w tym hiszpańskim mieście, ale nic podłego nie uczyniłem. Przede wszystkim jestem teraz po prostu fizycznie chory. Daj mi spokój, głosie wewnętrzny! Wezmę teraz aspiryny, napiję się gorącej herbaty i pójdę do łóżka. Jutro pogadamy. A co do oglądania miasta, zostawiam je angielskim pięknoduchom. Ja na pewno więcej od nich zobaczyłem, mam dar wyczuwania nastroju, wierzaj mi. Poleciłem stewardowi przygotować sobie herbaty. Leżąc w łóżku połknąłem dwie aspiryny, popiłem to herbatą, ale to wszystko, co przed chwilą myślałem, jakoś mnie nie uspokaja. Przeklęte nerwy. Gadu, gadu, ale w mózgu wykluwają się jakieś kosmate zwierzaczki i wyprawiają na nerwach łamańce niby małpy na lianach. A co to jest z pieniędzmi? Losie, bądź miłościw! Wyskakuję z łóżka i otwieram walizkę. Są, ale ile! Czy też aby jakichś pożyczek nie narobiłem. Już go nie będę pytał, sapie tam, przewraca się z boku na bok; nic nie zażył...

19 lipca