Przyglądam mu się bacznie: jest... jest brunet, ma orli nosek, krzaczastą brew — zwyczajny mężczyzna z wąsikiem. Nie uczynił mi żadnej krzywdy, zachowuje się przyzwoicie... Jakie prawo mam wymagać od niego jakiegoś pobratymstwa dusz? Towarzysz podróży i nic więcej.

— Spójrz pan na te łódeczki, jak łupinki od orzechów. Całe morze jak torcik, jak mazurek, co? Ale nas w nocy wyhuśtało, niech to szlag trafi! Dokąd to pan? Ładny przecież widok! A my zawsze w środku tego torcika, zawsze; w środ... ku... uu.

Byłem już daleko od niego. Natknąłem się po raz pierwszy na porządną kłótnię kucharzy. Błękitnooki wałkuje z pasją ciasto i wyrzuca z siebie jakieś wściekłe, metaliczne dźwięki. Jest purpurowy na twarzy, grdyka mu drga — poirytowany na dobre. Drugi flegmatycznie przesuwa jakimś koszmarnym widelcem kotlety na patelni. Swąd, wrzask, kotlety skwierczą — widać, za mało tłuszczu. Wchodząc do kabiny spotykam stewarda, który pochyla się, pokazując dłonią tuż nad podłogą, i jęczy: „Pessi!” Ma bardzo zmartwioną twarz. Przecież to była jego ulubienica. Jadalnia już uporządkowana, rozsiadam się i na gwałt doszukuję się defektu w maszynie. To są moje zajęcia. Około ósmej wieczór widzę z dziesięć okrętów na horyzoncie. Nie wiem dlaczego, ale sprawiają na mnie wrażenie upartych i zarozumiałych bestii. Odgłos maszyn podkreśla niejako nasz pyszny wjazd do kanału La Manche. Jakieś brzegi drzemią w zastygłej i pąsowej dali. To Anglia!

23 lipca

Cały okręt zalakierowany, że już wprost chodzić nie można. Spodnie w białe i czarne placki. Na wodzie spokój, słońce bez wyrazu, wyblakłe i trupie. Parę okrętów wlecze się leniwie w kilku punktach dookolnej przestrzeni. Nagle zostaliśmy znów nakryci kloszem mgły, jak kawałek sera szwajcarskiego. Tylko teraz słońce przemycało nikłą jasność, przez ten kaptur. I raptem w ciszy rozległ się żałosny bek. Poruszyło mnie to bardzo. Aż tu nad głową ryknęła chrapliwie i paskudnie nasza syrena. Chwila ciszy i znów bek zaginionej owcy. Nieprzyjemnie. Jasne jest, że płyniemy zakapturzeni i po omacku. I tak ciągle, co kilka minut. Nasza syrena zanieczyszcza ciszę obrzydliwym, pełnym nikczemnej pychy — rykiem, a zaraz po niej odzywa się tamto świństwo.

— Żebyśmy się tylko nie napatoczyli na jaki okręt, bo to się zdarza — słyszę wiadomy głos z tyłu.

Tak do południa przekomarzały się dwa zalęknione durnie. Przez pokrywający nas czop przeciekło trochę mętnej posoki słonecznej, a reszta mgieł, kłębiąc się i rozpraszając, pierzchła w leniwej ucieczce. Ukazało się to, co subtelni ludzie nazywają roztoczą. Cichy i delikatnie zmarszczony obszar wodny. Uczuwało się bliskość lądu i wszystko to zrobiło się nagle jeszcze bardziej nieciekawe. Po prostu cicha woda. Farbowało ją niedbale obojętne słońce. Odbicie tych tandetnych uroków mogłem zauważyć w zachwyconych oczach pana De. Ten pejzażyk był w sam raz na jego gust. Gdzie się to podziało zbałwanione bogactwo przelewającego się pod sutym słońcem Atlantyku? Gdzie stada ryb latających, wypryskujących razem z pyłem wodnym spod prującego pyszny żywioł — okrętu? Oczywiście, pan De nie ogranicza się do urzeczonego spojrzenia. Mówi także:

— Oto morze, objęte miłosnym uściskiem brzegów, uspokojone, poddaje się delikatnej pieszczocie europejskiego słońca! Oto...

— Czy nie mamy żadnych rachunków po tej Teneryfie? — przerywam mu grubiańsko.

Bezczelny typ! Macha ręką, żebym mu nie przerywał ekstazy. Ponawiam to pytanie i kończę: