Chwyciłem kapelusz i w drzwiach powiedziałem:

— Panie Brzeziński, za to, co pan tu powiedział, powinienem pana po prostu sprać na kwaśne jabłko! Jest pan bezczelnym renegatem, nędzną kreaturą i pański przyjazny stosunek do księdza Kiełty daje mi wiele do myślenia o duchowieństwie polskim na terenie wychodźstwa w Brazylii... Jest pan zaskoczony, prawda? No i co? Nic, przysiadł pan, do widzenia, jest pan nędzny szmatławiec!

Wyszedłem, nie oglądając się. Szedłem przez krzaki, w ciemności, bardzo wzburzony i jakby upokorzony sytuacją, która mnie zmusiła do wysłuchania tego draństwa. Przecież to było paskudne i niepotrzebne. Znów okoliczności zmusiły mnie do reagowania na bredzenia wykolejonego łajdaka. Jeszcze ja się doigram jakiegoś zabójstwa. Schodziłem szybko w dół. W ciemności jarzyły się światła, było ciepło, słychać było szmery rozmów, śmiechy... panował łagodny spokój, wypoczynek. W rozdrażnieniu śpieszyłem do swojej kryjówki, z myślą, aby się prędko położyć i usnąć. Minąłem pełną pijanych wrzasków wendę i zaraz zabrzmiały wściekłe okrzyki z kuchni Dąbskich. Ogarnął mnie wstręt i niepostrzeżenie przemknąłem się do swego legowiska. Długo leżałem w zdeterminowaniu, nie mogąc zasnąć. Hałasy kuchni ucichły i po chwili cała rodzina mijała mnie posępnym korowodem, udając się ze świecą na spoczynek. Pochylił się nade mną Dąbski i widząc, że nie śpię, zapytał:

— Co to, bez kolacji pan dzisiaj? Jak tam było u Brzezińskiego?

— To jakieś bydlę, ten pański Brzeziński — odpowiedziałem gniewnie.

— To wielki szlachcic... inteligent, wstydzi się Polski, ciągle o tym mówi... A coście się przemówili?

— Głupstwo, trochę go tam obrugałem...

— Dobrześ pan zrobił, bo to kawał drania.

Zza pleców Dąbskiego wychylił się z niewyraźną miną Grzeszczeszyn, spojrzał na mnie ciekawie, jakby mnie spotkał jakiś krwawy wypadek.

— Dlaczego pan ze mną nie wyszedł, tylkoś został pan z tymi szelmami? — warknąłem znad koca.