— E, bo pan się po nich tak przejechał... przecież to ksiądz, panie!... A Brzeziński, to urzędnik brazylijski... krzyczał, że pociągnie pana do odpowiedzialności!
— Pytam się pana, dlaczego pan ze mną nie wyszedł... gdzie ta pańska sztama?
— Ale, pan taki porywczy... z ludźmi trzeba trochę dyplomacji... musiałem ich ugładzić, żeby tu panu jeszcze nie narobili bigosu! Dobranoc, jutro pogadamy!
— Idź pan spać, panie Grzeszczeszyn, niech pana szlag trafi!
— Ale pan porywczy... ojej! Zaraz szlag... broniłem pana... przecież to sługa boży, święcenia kapłańskie posiada.
Wyszedł, mrucząc coś jeszcze. Grzązłem coraz bardziej. Żeby już w końcu ruszyć dalej. Kiedy zeszedłem rano na śniadanie, stałem się przedmiotem ogólnego zainteresowania. Była niedziela, kuchnia jako tako uprzątnięta, nastrój próżniactwa. Piłem kawę, pełen jeszcze niesmaku z wczorajszej wizyty i przysłuchiwałem się informacjom Dąbskiej tyczącym się Brzezińskiego.
— Jego tu, panie, nie lubieją... to, panie, świńtuch taki, żyje ze starą megierką, co mu pierze i żryć gotuje... a tchórz! Co on tu miał ze dwa miesiące nazad!...
— Przestałabyś obszczekiwać lepiej, bo cię jeszcze pociągną do świadczenia — wtrącił Dąbski.
— A cóż to mam panu nie powiedzieć! Niech to rozpowie, gdzie potrzeba! I świadczyć będę, nie widziałam to, czy co!... Akurat to było popołudniu, szyłam tam w oknie od drogi, co to widać wszyściusieńko, co się w wendzie dzieje. Ano stał tam Brzeziński z tym Nikiem... bandyta to, valenton znany w całym Candido... Pili tę kaszasę i gadali, aż patrzę jak ten Niko nie zdzieli szikotą Brzezińskiego przez pysk... I krzyczy: „A ty przeklęty Polaku! Ja cię tu zaraz utłukę!”... Zataczał się, wyjął szmita i dałej go mierzyć w Brzezińskiego. A ten przeskoczył blady jak płótno za ladę i tam stoi, a trzęsie się... A był w wendzie przyjaciel Niki, delegat policji... zasłonił sobą Brzezińskiego i krzyczy: „Niko, ja ci to mówię, zostaw go!” I jak tylko to powiedział, zaraz huknęło i delegat zwalił się na podłogę. Wtedy Niko ciska rewolwer, drze się za włosy i płacze i krzyczy: „A, com najlepszego zrobił, mojego przyjaciela zabiłem... Teraz, to ja tu całe Candido powystrzelam!” I pognał do domu. A Brzeziński już przedtem wymknął się i poleciał gdzieściś! Niko poleciał do domu, tam zawołał na kochankę, żeby mu wyniosła kule i winczester, ona mu wyniosła, naładował i krzyczy: „Teraz ja wymorduję wszystkich ludzi!” I czeka na ulicy. A naprzeciw nic nie wiedząc, szedł jego przyjaciel, jeden negier i woła: „A ty Niko, co stoisz z winczesterem na ulicy? Na kogo polujesz?” A ten nic, tylko zmierza się do niego z winczestera. Wtedy negier prędko wyjął szmita i cały magazyn w niego wpakował. Zaraz też wyjechał w lasy. Na drugi dzień pochowali Nika i delegata. A Brzeziński gdzieś przepadł jak kamień w wodę. To dopiero mąż polazł po nocy nad rzekę, krzyczał do niego po polsku i ten wylazł z krzaków, a podobno trząsł się cały, płakał i męża całował po rękach, żeby go tylko nie wydał Nice. Dopieroż jak się dowiedział, że Niko nie żyje, tak zaraz wrócił do domu i na drugi dzień już tu paradował, wykrzykiwał, a męża to nawet nie poznawał. Przyjechała policja, to zeznał, że nie chciał Nice przyznać racji w czymś tam i z tego poszło. Od tej pory mąż mu się nie kłania, a on to i mało nawet się pokazuje, bo tu wszyscy naśmiewają się z niego, że taki tchórz i choć miał broń przy sobie, to taki i szlachcic pozwolił się przez takiego łamagę kabukra104 prać szikotą po pysku, niby jaki buro105. A Kiełta to tylko do niego, to jego jedyny przyjaciel... bo by go tu nikt nawet przenocować nie chciał.
Słuchaliśmy tego wszyscy w milczeniu, tylko Grzeszczeszyn się wiercił i nawet raz zaproponował Dąbskiemu partię warcab, ale ten miał właśnie ochotę ze mną zagrać. Zaczęliśmy grać, Dąbska jeszcze dorzuciła kilka niepochlebnych uwag o Brzezińskim, ale mimo, że mój stosunek do tego człowieka był wiadomy, jednak gadanina Dąbskiej nie pogrążyła go zbytnio. Mogłem zaliczyć raczej na korzyść Brzezińskiego, że jako urzędnik nie strzelał do pijanego awanturnika, lecz zamierzał tę sprawę załatwić prawdopodobnie inaczej. Zresztą to wszystko, co tu się ostatnio działo, miało dość podejrzane, patologiczne cechy. Co do mnie, gniewał mnie każdy nieopanowany wybuch i po czymś takim czułem się jak po nieprzespanej nocy i nadużyciu trunków. Na razie, w ten niedzielny, słoneczny poranek przegrywałem z Dąbskim w warcaby, w ciszy, w westchnieniach Grzeszczeszyna, który obserwując grę, bódł mnie brodą w ramię. Kobiety poszły do kościoła słuchać kazania księdza Kiełty. Mimo wrogiego ustosunkowania się do tego duchownego, pragnęły się rozerwać i popatrzeć — co tu gadać, to ma swój pieprzyk — na ładnego chłopca w sutannie. W oczekiwaniu na posunięcie, obserwowałem Dębskiego. Umył się, ale zmył lekką powłokę pyłu, pokrywającego istotny, wżarty w ciało brud, który się teraz pokazał w solidnych ilościach na widocznych miejscach ciała. Zauważyłem, że chłopi koloniści mają ręce przeżarte sympatycznym brudem ziemi, są to spracowane, szlachetną substancją nasiąknięte dłonie, karki ich są ogorzałe i pobróżdżone czarnymi zasiekami z ziemi, ale to jest brud konieczny, brud z czegoś wynikający, natomiast Dąbski był cuchnący i niechlujny, słowem, jeśli chodzi o higienę, był gorszym wydaniem mego lepkiego, z wiecznymi kupkami nawozu w kącikach oczu, Grzeszczeszyna. Oto, jakimi myślami byłem zajęty, przegrywając do Dąbskiego w warcaby i nasłuchując dalekich kwików świń, wąchając świeży zapach gnojówki i opędzając się od jadowitych „borasiud”, które cięły tak bezustannie, że przestało to zwracać uwagę, tylko opuchnięte, pokwitłe wrzodzikami ręce, przypominały o istnieniu tej tortury. Zresztą te wszystkie jady od ukąszeń owadów, mają z czasem przestać działać, skoro tylko organizm się przyzwyczai. Godzina była wczesna, odpoczynek niedzielny był dla mnie jakąś drwiną, mimo gry nastrój był ospały, toteż kiedy Dąbski zadowolony z wygranych kilku partii, zaproponował nam, abyśmy ja i Grzeszczeszyn pojechali konno do odległego o kilka kilometrów Palmitalu, gdzie będzie można odwiedzić kolonistów polskich, skwapliwie się na to zgodziłem. Poszedłem się ubrać do drogi, Grzeszczeszyn stał w drzwiach i mamrotał coś w niezdecydowaniu co do tej wycieczki. Przerwałem mu energicznie, żeby nie marudził i poszedł wybrać jakie dobre konie. Okazało się, że siodła Potyrały są już zabrane przez poczciarza. Dąbski wyciągnął jakieś wysuszone i poszarpane siodła. Trzeba było sztukować popręgi; w końcu jakoś usadowiliśmy się na koniach, Dąbski wytłumaczył nam, jak mamy jechać i ruszyliśmy drogą między krzewy. Jechaliśmy szybko, Grzeszczeszyn nucił coś smętnego, w pewnym miejscu napotkaliśmy gotujących pod prymitywnym szałasem kilku robotników Indian, którzy wynajęli się do karczowania terenów. Siedzieli w kuckach przy ogniu. Ich słomiane, okrągłe kapelusiki jakoś sztucznie tkwitły na długich, czarnych i sztywnych jak druciki włosach. Jeden stał tuż przy drodze i ostrzył fojsę, a na nasz widok uskoczył na bok, ponuro łysnąwszy sennymi oczami. Minęliśmy ich ze słowami: bom dia, spotkaliśmy jeszcze wóz z odświętnie ubranymi babami we wzorzystych chustkach na głowach, pozdrowiliśmy je po polsku, odpowiedziały, zaśmiały się, po czym skręciliśmy w leśną ścieżkę, która miała nas — według objaśnienia Dąbskiego — wyprowadzić skrótem prosto na kolonię. Ścieżka wiła się wesołym lasem, upstrzonym refleksami słońca, pełnym paproci, wilgotnego gąszczu wijącego się między pniami. Konie biegły żwawo w dusznym zapachu roślin. Grzeszczeszyn ścinał fakonem zwisające nad głowami gałęzie takuary, czasem coś powiedział swoim zwyczajem nie bardzo z sensem, ale na ogół jechało się dość przyjemnie. Po pół godzinie tej jazdy ukazała się droga i wzdłuż niej biegnące chałupy. Zjechaliśmy w dół, ku tej drodze i zaraz zobaczyliśmy jadących naprzeciw dwóch jeźdźców i w jednym z nich bez trudu poznałem Janickiego, który siedział na koniu w swym brązowym ubraniu i długich spodniach. Począł kiwać ręką i kiedyśmy podjechali do siebie, przywitał się z radością, jak gdyby żadna scysja między nami nie miała miejsca. Drugi podróżny miał na sobie mocno sfatygowaną garderobę, policzki ozdobione bujnym zarostem, ponad którym błyszczały młode i wesołe oczy. Ten jegomość powiedział mi głośno swoje nazwisko, które znałem ze słyszenia jeszcze z Kurytyby. Nazywał się Gruda i wiedziałem, że od kilku miesięcy podróżował po interiorze, wysłany przez konsulat w celu spisania nazwisk wszystkich emigrantów i ich majątków. Z zawodu był instruktorem nauczycielskim i miał opinię energicznego młodego człowieka z głową na karku. Zaproponował nam, żebyśmy jechali z nimi do kolonisty Słonika, gdzie dadzą nam jeść i będzie można swobodnie porozmawiać. Zawróciliśmy i brodacz począł mi opowiadać swoje wrażenia z trzymiesięcznej włóczęgi po rozrzuconych w Paranie koloniach. Nazwisko moje jako autora nie było mu obce i zdawał się być rad z naszego spotkania. Wyrzucił z siebie mnóstwo propozycji; żeby po południu pójść z nim na zebranie szkolne, żeby przenocować w Palmitalu i w ogóle obiecał mi, że się nie będę nudził. Janicki z Grzeszczeszynem jechali z tyłu i Janicki w pewnej chwili powiedział do mnie: