Dąbski podprowadził siwego bura pyskiem do żłoba, ale bur jakby coś przeczuwał, przysiadał na zadzie i bił tylnymi kopytami w powietrze. W końcu Dąbski ściągnął go za uzdę, przysłonił oko i Grzeszczeszyn z prętem w ręku począł się skradać do gładkiego zadu bura. W tej pozycji, z przygryzioną dolną wargą, Grzeszczeszyn dziwnie się scharakteryzował, cała jego psychika zdawała się uosabniać w tym straszliwym skradaniu z narzędziem boleści. Zrobił wypad prawą nogą, niby szermierz i żelazo jak rapier zbliżył do sierści, ale zanim dotknął, bur gwałtownym ruchem obrócił się na tylnych kopytach, stanął dęba, i kwicząc z otwartym pyskiem i wyszczerzonymi zębami, niby bestia apokaliptyczna, opadł wzniesionymi kopytami na słaniającą się, drobną figurkę amatora-oprawcy. Rozbiegliśmy się w popłochu, jak przed opadającym z góry granatem, po czym, gdy się obejrzałem, zobaczyłem uciekającego bura z pochylonym łbem, podrzucającego bez ustanku zadem, a za nim biegł Grzeszczeszyn z rozwianym włosem i wyciągniętym prętem. Więc jakoś się, widać, uchylił od stratowania i teraz biegł za zwierzęciem, pełen pragnienia zemsty. Buchnął szczery, nieopanowany chichot, Grzeszczeszyn zawrócił i energicznym ruchem wsadził pręt do węgli, po czym zawołał:
— Dawajcie mi drugiego, ja was nauczę markować!
Z następną ofiarą, wychudłym, zabiedzonym koniem, poszło mu łatwo. Podszedł do mnie, opuszczając rękaw koszuli:
— Takie to panie, sprawy... Nie zapijać się z działaczami spod ciemnej gwiazdy, a umieć pracować... więcej życia, życia!
Przykro mnie dotknął tym zdaniem. Rzeczywiście nie należało bić w nieopanowanej wściekłości Janickiego, a potem także nie należało popijać z nim i recytować wierszy. Ale ja w tym kraju bardzo się zmieniłem. Za wendą podniósł się tuman kurzu, rozległy się okrzyki i nawoływania podobne do okrzyków pastuchów pędzących trzodę. Zaraz też Dąbski podbiegł do bramy z okrzykiem:
— Sawczuki jadą!
I na podwórko zaczęły wbiegać konie i bury, po czym wjechało także może z ośmiu opalonych i obrośniętych chłopów, którzy wśród rżenia i hałasu poczęli złazić z koni i witać się z Dąbskim. Przysiadłem pod ścianą i z zadowoleniem obserwowałem ten mały tłum ludzi i zwierząt. No więc nareszcie, na wszystkim co było — krzyżyk! Teraz nowe, może bardziej interesujące życie. Spośród ośmiu mężczyzn od razu wyróżniłem czterech najbardziej energicznych i ruchliwych. Dwóch miało czerstwe, szerokie twarze o wesołych i rozumnych oczach, krępi, dość tędzy, w portkach trzymających się na paskach pod nieco wystającymi brzuchami. Dąbski zaraz mnie przywołał, przedstawił i wyjaśnił, że właśnie ja i Grzeszczeszyn mamy razem odbyć podróż. Uśmiechnęli się wszyscy, jeden powiedział:
— Aby nam panowie tylko po drodze nie poumierali z niewygód, a wszystko będzie dobrze.
Zaraz też poszli się krzątać koło koni, poić je, obłuskiwać przyniesioną przez Julkę kukurydzę. To byli bracia Sawczukowie. Wrażenie dodatnie. Pozostali dwaj — ruchliwi: smagły, o dzikawym spojrzeniu, obrośnięty kakoblo oraz drobny, żylasty, może sześćdziesięcioletni, ale krzepki wąsacz, ciągle podkręcający swe zżółkłe od tytoniu wąsy i żartobliwie nawołujący. Pozostali czterej, chuderlawi i jacyś przygaszeni, przysiedli z węzełkami pod płotem i cicho coś sobie opowiadali. Na ruchliwe, przepełnione podwórko opadał wilgotny zmierzch, z kuchni dymiło i skwirczało, szły zapachy jadła, smażonego mięsa. Cała tropa — jakieś czterdzieści pięć sztuk — czerniła się niewyraźnymi sylwetami na tle podwórza. Wypoczywający pod płotem chłopi podnieśli się i zagnali swoje konie do leżących w kupach kaczanów kukurydzy. Pilnowali, stojąc, aby cudze nie podjadały ich części. Zwierzęta podzieliły się na grupy i chrupały twarde ziarna kukurydzy. Dąbski zaprosił braci Sawczuków do kuchni, pozostałym kazał wynieść na dwór kawy, ci powyjmowali z węzełków żywność, na środku podwórza rozpalili ognisko, obsiedli je i pojadali, przemawiając się od czasu do czasu żartobliwie. Żylasty wąsacz wyciągnął z torby butelkę z kaszasą, rozkraczył się, lewą rękę oparł o biodro i dłuższą chwilę ciągnął z butelki. Otrząsnął się i zawołał:
— Ach, ty, moja towarzyszko, dość cię będzie na dziś!