Przysiadł koło ognia i coś tam wesoło pogadywał. Sawczukowie usiedli obok nas przy stole i ciągnęli szimaron. Obaj byli głodni, żartobliwie przekomarzali się z Dąbską, że jej męża ożenią w Londrinie i osiedlą, tak że życie Dąbskiego zacznie się od nowa. Dąbska gospodarowała, poganiała córki do roboty i nic im nie odpowiadała. W czasie kolacji zaczęli z Dąbskim omawiać szczegóły podróży, z czego wynikało, że jeśli wszystko gładko pójdzie, za osiem dni będziemy w Londrinie. Między mną a Sawczukami od razu zapanował przyjazny nastrój. Ciekawi byli wieści z Polski, musiałem im w skrócie opowiedzieć całą historię niepodległości od osiemnastego roku. Słuchali ciekawie i starszy, blondyn zawołał wesoło:

— A, tośmy teraz nie byle jakie Polaki... A tu w Brazylii trzeba się mocno trzymać, żeby takiej potężnej ojczyźnie wstydu nie narobić!

Grzeszczeszyn zdawał się być nieco zazdrosny, że tak długo podtrzymywałem rozmowę. Palił, postękiwał niecierpliwie, aż w końcu palnął:

— Jak będzie wojna i Niemcy z bolszewikami znów rozbiorą Polskę, to tu będzie druga, nie?

— Ej, kraczecie, panie! — powiedział młodszy Sawczuk. — Już my byśmy chyba na pomoc tam pojechali własnym okrętem; żyje się tu w oddaleniu, bo tak wypadło, ale jakby co do czego przyszło, tośmy zawsze Polacy!

Rozmowa przeszła na tematy cen produktów, słuchałem tego z ciekawością i przyjemnie zauważyłem, że każda rozmowa z kolonistami, byleby nie dotyczyła księży, nauczycielstwa i stowarzyszeń, ma w sobie jakiś zdrowy sens i urok rzeczowości. Zrobiło się późno i roztrząsając jeszcze jutrzejszy wyjazd, rozeszliśmy się spać. Rozbierając się, słyszałem słowa Dąbskiego:

— Julka, a przyszykuj się aby do drogi!... Dziewczynę muszę mieć z sobą, bo w drodze się przyda, a jak mi przyjdzie w Londrynie posiedzieć dłużej, to choćby uprać, ugotować... nie będę sobie najmował baby.

W odpowiedzi rozległo się zawodzenie Dąbskiej:

— Och, ty diable uparty, dziecko mi będziesz wlókł tyli świata, pośród samych chłopów... Żeby cię pokarało, ty cholerniku zatracony!

Ale Dąbski nic już nie odpowiedział, tylko przeszedł moją klitkę, udając się na spoczynek. Przez szpary widziałem refleksy ogniska na podwórzu i niektóre twarze chłopów w czerwone świetle. Szedł stamtąd głuchy gwar, jakby jakiego obozowiska. Nagle przycichło, ktoś coś mówił i po chwili zabrzmiał z początku cichy i coraz głośniejszy śpiew z chropowatych gardzieli chłopskich. Wrażenie biwaku żołnierskiego spotęgowało „O mój rozmarynie!” a później „Miała matka trzech synów...”. Słuchając tych pieśni, czułem się jakoś swojsko i uporczywe dotychczasowe wrażenie obcości opuściło mnie. Śpiewali z pół godziny, potem jeden głos zaczął mówić i usypiając słyszałem: