— ...tośmy wyszli przed chałupy, a tu ta cała komediancka procesja wylazła zza kościoła. Idą poprzebierane za różnych świętych, w jakichci kieckach i śpiewają... Aż tu podlatuje Golasowa do Matki Boskiej i jak nie zacznie wykrzykiwać: „A tać to Ołdakowa! I patrzcie ją! Za Matkę Bożą się przebrała... a bez cały rok każdego chłopa... któren tylko chciał i nie chciał dopuszczała i trzymała... a byle mocno... Dopieroż w widowiska pasyjne za świętą się robi!” Śmiechu było... dopiero Ołdakowa jak nie podciągnie kiecek, jak nie zacznie uciekać! Pośród świętych, jak im tam... ruch się zrobił, poczęli się rozchodzić i tak już więcej tych pasyj na naszej kolonii nie wyprawiali...
Ubierałem się szybko, podniecony dzisiejszą wyprawą. Na podwórku wrzało. Dąbski umocowywał kalgiery do burów, były to wielkie kosze naładowane szpadlami, fojsami, przeróżnym towarem gospodarskim, który Dąbski wiózł na handel. Niektóre konie były już osiodłane, chłopi kręcili się w podwórzu, sprawdzali swoje kalgiery, poprawiali. Dąbski wskazał mi siodło i konia. Pobiegłem do kuchni, zjadłem coś na stojąco, z komórki wyciągnąłem worek, wsadziłem w niego wszystkie drobiazgi i poszedłem siodłać. No, gotowe! Zapłaciłem Dębskiemu za siodło i pobyt przez te parę dni i poszedłem szukać Grzeszczeszyna. Natknąłem się na niego w głębi podwórza, stał obok konia pod drzewem i oglądał rewolwer.
— Cóż — mówię — jedziemy zaraz?
— Jedziemy — odpowiedział surowo — tylko pamiętaj pan, com mówił o towarzyskiej solidarności w podróży, bo to nie będzie przejażdżka taksówką w Aleje z dziewczynkami. Teraz się zacznie las!
— Jakoś tam będzie — odpowiedziałem i pomyślałem: aleś ty bracie nudny drań...
Pośród tupotu kopyt końskich i z całego gwaru wyodrębniał się płacz Dębskiej. Tymczasem już Julka siedziała na zgrabnym burze, w czystej sukni i kapelusiku zawadiacko wsadzonym na głowę. Minę miała nijaką, raczej ponurą i zaciętą.
— No, chłopy! Wszystko gotowe! — krzyknął starszy Sawczuk. — Jedziemy, jedziemy, bo już późno!
Sprawdziłem, czy mój worek mocno się trzyma w tyle siodła i badawczo przyjrzałem się mojemu wierzchowcowi. W zamieszaniu nie zauważyłem go; to był siwy bur. Odwrócił łeb i przyglądał mi się ze złośliwą ironią. Krzyknąłem w stronę Dąbskiego:
— Nie chcę tego diabła, daj mi pan jakiego konia, przecież jest ich dość!
— Jedź pan na burze — odkrzyknął. — Lepiej pana będzie niósł, bo wytrzymalszy, a paneś ciężki chłop!