Ha, trudno! Wsiadłem nawet dość gładko. Musiałem czekać, jeszcze się wszyscy nie przygotowali. Dąbski ucinał sobie ostatnią kłótnię z żoną, ale jednocześnie wyciągał ręce, aby ją uściskać, ona znów odskakiwała, biegł za nią, chłopi się śmiali. Spojrzałem w górę; kilka corv zataczało łuki na czyściutkim, zdającym się zapowiadać niezgorszą spiekotę, niebie. Nareszcie Dąbska i młodsza dziewczyna otworzyły na oścież bramę i całe towarzystwo ludzi i zwierząt wysypało się na trakt. Zauważyłem, że jedzie z nami również Michał, wyglądający na wielkim koniu niby jakiś pakunek. Ludzie z wendy wybiegli i przekrzywiali się, życząc dobrej podróży. W głębi mignął mi Brzeziński, pogardliwie i ironicznie zerkając na mnie. Z podwórza dochodził jeszcze głos Dąbskiej:

— A wróć, ty diable przeklęty!... I na dzieci uważaj, bo ci łeb rozwalę, jak wrócisz!

Wśród nawoływań, zajeżdżając tropę z boków, pilnując, aby trzymała się razem, wyjechaliśmy na dość szeroką drogę, minęliśmy jeszcze kilka zagród, po czym przejechaliśmy małą rzeczkę, droga opadła i otoczył nas mroczny i nastrojowy las. Jechaliśmy gęsiego a co najwyżej po dwóch, na pół porosłą pikadą, ocierając się o wystające z obu ścian dżungli ostre krzewy i suto porastające tuż przy drodze pnącze takuary. Z przodu co chwila słychać było nawoływania niewidocznych jeźdźców, którymi oddzielona była, co kilka sztuk, tropa. Od kilkunastu minut w palcu prawej nogi odczuwałem dokuczliwe, piekące swędzenie. Rozmyślałem w związku z tym, że przy najbliższej okazji zdejmę but i zobaczę, co to takiego. Jazda odbywała się w porządku, las pachniał mocno i duszno, obie strony drogi porastały jakieś najrozmaitsze gatunki roślin, tak, że metr dalej już nic nie było widać, tylko gdzieniegdzie ujrzeć można było pień drzewny okręcony lianami. Nieco wyżej wyraźnie rysowały się ogromne drzewa, obrośnięte mnóstwem pasożytniczych roślin i konary tych drzew łączyły się w górze, ciągnąc się ciemnozielonym dachem ponad ścieżką. Niektórzy pokrzykiwali wesoło, inni wciągnęli się w rozmowę o swoich sprawach, monotonnie, niby w wagonie kolejowym, aby się droga nie dłużyła. Tuż za mną jechała córka Dębskiego; czarna, zła i poważna. Miałem nawet ochotę pogawędzić z nią, ale widząc jej minę, zaniechałem. Godziny sączyły się jedna za drugą, co pewien czas poprawiałem się w siodle, to znów myślałem o bólu w nodze, przypominałem sobie dawne historie z dzieciństwa i jakoś byłem zajęty. Mimo, że droga ciągle była jednakowa, nie nużyła. Dżungla zajmowała drobiazgami: tu gałąź wiła się skręcona, jakby w jakim bólu, gdzie indziej zaszemrało coś w gęstwie, to znów grupa kwiatów barwiła się wysoko na konarze drzewa, kopyta końskie z trzaskiem miażdżyły suche poszycie ścieżki, jechało się powoli, kołysząco. Miejscami, kiedy droga ciągnęła się równo, widziałem na przedzie Grzeszczeszyna z podniesionym fakonem, jak ścinał zwisające mu nad głową girlandy takuary. Człowiek ten starał się ustawicznie podkreślać słowem lub czynem swoje istnienie. W dole, koło kopyt bura coś nagle zaskuczało, bur opuścił łeb tak nisko, że nagle zrobiło mi się jakoś pusto bez tego łba; przechyliłem się w dół i ujrzałem na ziemi żółcącego się miniaturowo kundla Dąbskich. Zastanawiałem się chwilę, czy by go nie wziąć na siodło, ale jakoś sprytnie przemknął się między kopytami i podreptał, klucząc żółto, naprzód. Spytałem się Julki, czy będzie nam towarzyszył aż do samej Londriny, na co mruknęła:

— A czort go wie, kaszoro106 przeklęte! Bury go zadepcą!

Hm, małomówna to była istota. Nagle na przedzie zobaczyłem tłoczącą się tropę i jeźdźców na poszerzonej nagle ścieżce. Konie wyciągały szyje, tupiąc kopytami w miejscu, stłoczone i złe. Tam, gdzie polna przestrzeń się zwężała i przechodziła znów w ścieżkę, stali obaj Sawczukowie tamując dalszą drogę i młodszy wołał:

— Ej, wy tam od końca! Liczcie tropę, ile ich tam macie!?

Za mną stały cztery konie, niecierpliwie przestępując w miejscu, za nimi stał koń z jeźdźcem i to był koniec. Policzyłem je z tymi, które miałem przed sobą i krzyknąłem: „Dziewięć!” Następny policzył je ze swymi i podał dalej. Liczba wciąż rosła i wreszcie dobiegła do Sawczuków w cyfrze czterdziestu siedmiu sztuk. Wszystko było w porządku i Sawczukowie odwrócili się plecami, ruszając w dalszą drogę. Nagle spomiędzy stłoczonych zwierząt wyrwała się rosła i piękna kobyła wiśniowego koloru, z długim, jasnym ogonem i nim się kto zorientował, boczkiem przecwałowała mimo nas i wydostawszy się na wolną drogę, galopem zniknęła za zakrętem i po chwili nawet tętent jej ucichł. Zaraz Dąbski krzyknął do Michała:

— Ganiaj żywo za kobyłą i bez niej mi nie wracaj!

Chłopak zawrócił, zdzielił konia batem i przytrzymując kapelusz pognał za zbiegłą kobyłą. Cała tropa wolno ruszyła naprzód. Ten i ów komentował ucieczkę konia, Dąbski ciągle krzyczał w moją stronę: „A co, nie widać go tam?” Ale za nami w głuchej ciszy łączyły się obie ściany dżungli, pochłaniając ścieżkę. Ustawiczne kiwanie się na burze przyprawiało mnie o senność, uczuwałem ból w krzyżu, noga ciągle piekła, ale wszystko razem niepozbawione było pewnego uroku. Gdzieś zaszczekał pies, mignął mi nawet kilka razy, bury na jego widok wyciągały szyje jak gęsi, słychać było monotonny chrzęst, brzęczenie żelaziwa w którymś z kalgierów. Dąbski ciągle zapytywał, czy nie widać Michała ze zgubą. Grzeszczeszyn w pewnej chwili wyrósł ponad wszystkich, wykrzywił do mnie poufnie twarz, widocznie stanął w strzemionach, aby popatrzeć czy jestem. Spojrzałem na zegarek; wskazywał trzecią. Prawa strona dżungli zdawała się przerzedzać, tropa pobiegła żwawiej, pokazała się kapuejra, potem polanka, na polance ogrodzenie i dymiąca spod dachu chałupa. Skręciliśmy w stronę tej zagrody. Widziałem teraz wszystkich wyraźnie, jeźdźcy jechali po obu stronach tropy, aby się nie rozbiegła, z piaszczystej dróżki zrywał się lekki tuman kurzu. Tymczasem ci na przedzie już zsiadali z koni, na udeptanej przestrzeni przed chałupą stały dwa długie i wysokie żłoby, niektórzy już rzucali do nich kukurydzę, którą wyciągali z bocznej szopy, konie obstąpiły żłoby, bury kopały, wszczął się gwar i ruch. Dotychczas jeszcze nie widziałem gospodarzy tej ranszy, ale okazało się, że polecenie co do kukurydzy wydała siedząca w kuchni samotna i stara kobieta. Zdjąłem siodło z bura i na razie przywiązałem do zbutwiałego płotu, po czym poszedłem do starszego Sawczuka i zapytałem go o kukurydzę dla mego bura.

— Wynieś pan sobie z pajora kilkanaście kaczanów i później pan za nie zapłaci ile tam wypadnie!