Wlazłem do przewiewnej szopy, na pół pełnej, aż po poszycie, kukurydzy, wyciągnąłem ze dwadzieścia kaczanów i troskliwie zacząłem karmić bura. Jadł obojętnie i stojąc koło niego, myślałem sobie: Ej, ty mi jeszcze braciszku coś w tej podróży uszykujesz! Spojrzałem w bok. Koło szopy stał Grzeszczeszyn i gorącą, brunatną wodą (skąd on wziął już gorącej wody, pomyślałem) zmywał grzbiet swojego konia. Podszedłem do niego i spytałem:

— Po co pan to robi?

— A żeby się nie odparzył — odpowiedział fachowo.

Spojrzałem na grzbiet swojego bura. Grzbiet jak grzbiet, trochę wilgotny. Nie, nie będę go żadną wodą polewał. Rozejrzałem się, nikt tego nie robił.

— A z czym ta woda? — krzyknąłem jeszcze do Grzeszczeszyna.

— Z herwą, panie, z herwą... ja umiem chodzić koło zwierząt!

Chwilę byłem niezdecydowany, ale doprawdy nikt tego nie robił. Zwierzęta uporządkowały się po obu stronach żłobu, kaboklo z groźną miną rozpalał ognisko, ktoś mu pomagał, obok leżał pies Dąbskiego z wywieszonym językiem, chłopi poczęli kłaść naokoło ogniska kapy i pelegi, po czym układali się na nich, postękując. Nad ogniem ustawiono drążek z kociołkiem, chłopi rozwiązywali węzełki, wyciągali z nich woreczki z ryżem i fiżonem, kawałki słoniny — zabierano się do gotowania posiłku. Zauważyłem, że tylko mój bur je osobno. Wygląda to jakbym się oddzielał, pomyślałem, ale nie mam jeszcze praktyki w tych sprawach, a pytać się o wszystko Grzeszczeszyna — nie chce mi się. Wszedłem do chałupy; była to jakby marna i brudna stodoła bez żadnych sprzętów, a na podłodze leżała gruba warstwa pyłu. Z belek zwieszała się pajęczyna i cuchnęło moczem. Na starej skrzyni stał odwinięty worek z czymś niby mąka z czarnymi kawałkami czegoś. Obok worka stał Dąbski z córką i Grzeszczeszyn, w rękach trzymali łyżki i pojadali z tego worka.

— Jedz pan pasokę — powiedział do mnie Dąbski. — Nie masz pan pewnie łyżki... Julcia, skoczno do kalgiera po łyżkę! Sprzedam panu łyżkę... kawa jest w dzbanku, będziesz pan u mnie na kuchni, a potem się policzymy! Ale tego Michała nie widać, będę musiał czekać, aż wróci... jedz pan! To pożywne, tłuczona kukurydza z suszonym mięsem i kogutem; zawsze takie jedzenie bierze się w drogę, bo najdłużej się nie psuje, a pakowne i sytne.

Pobiegłem do swej torby, przytaszczyłem ją do stodoły, wyjąłem blaszany kubek i talerz, usypałem sobie na niego trochę tej pasoki, w kubek nalałem kawy i stojąc, zacząłem jeść. Było to nawet dość smaczne, suche, w smaku podobne do tartej bułki; kogut z jakimś innym mięsem trochę urozmaicał jałowość tego, a kawa zwilżała sypkość. Julka zjadła niewiele, ja też po kilku łyżkach byłem syty. Kawa trochę mnie rozruszała. Dąbski poradził mi, abym sobie przygotował tutaj możliwie najlepsze miejsce na nocleg. Zaciągnąłem do kąta trzy podłużne deski, których stało kilkanaście opartych o ścianę, na deski rzuciłem worek i kapę, po czym wyszedłem na dwór.

Słońce rozlewało się krwisto nad ostro rysującym się pasmem lasów, wokół otaczała nas przyczajona puszcza, powietrze było rześkie, przedwieczorne, chłopi przy ognisku gawędzili półgłosem, z szopy wyszedł żylasty wąsacz, znów się rozkraczył, pociągnął z butelki, otrząsnął się i powiedział: